Kocham to uczucie swobody, wiatru we włosach i totalnej wolności. Przeskoczyłam krzaki i wylądowałam na polanie, na której obozowałyśmy razem z innymi Łowczyniami.
Wieczna młodość jest spoko, pomyślałam, wbiegając miedzy namioty i hamując. Już na zawsze zachowam sprawność szesnastolatki.
Odwróciłam się i spojrzałam na Łowczynie dopiero wybiegające z lasu. Byłam z nich najszybsza, bo jednak, choć nie umiałam latać jak Jason, to potrafiłam panować nad wiatrem na tyle, by mniej się męczyć przy długim sprincie. Uśmiechnęłam się. Kochałam te dziewczyny, ale bolało mnie, że moi przyjaciele z Obozu Herosów... Już widziałam, jak dorastają, dobierają się w pary, planują przyszłość. Nie, żebym chciała chłopaka, ale... normalne życie to coś cool.
- O - em - gie, to było zaczepiste! - zapiszczała zdyszana Roxi. Nasz nowy nabytek. Szkoda, że jako porucznik muszę być bezstronna, bo najchętniej zadałabym jej dodatkowe prace. - Czekajcie, wrzucę selfie na fejsa...
Sięgnęła do kieszeni po telefon, którego nie miała, a jej mina zrzedła, kiedy uświadomiła sobie tragiczny brak. Wstępując do nas, zbagatelizowała nasze ostrzeżenia o zakazie elektronicznych urządzeń. Chyba nawet nie wiedziała, że telefon się do nich zalicza. To smutne.
- Zresztą nieważne - bąknęła i szybkim krokiem udała się do swojego namiotu, przy akompaniamencie ściszonych chichotów Łowczyń.
Mnie także rozbawiła sytuacja, ale jako porucznik musiałam dawać dobry przykład.
- Ejże, moje panie. Jest nowa, jeszcze przywiązana do dawnego życia. Trzeba jej wybaczyć.
Dziewczyny spuściły wzrok i splotły dłonie przed sobą. Miały do mnie szacunek, zwłaszcza, gdy je beształam. Wiedziały o mojej zdolności przywoływania piorunów i nie chciały być do odstrzału.
- Wybacz, Thalio.
- Nie przepraszajcie mnie, tylko Roxi - odpowiedziałam łagodnie. - Idę do siebie, a wy z nią pogadajcie. Biedna, była uzależniona od telefonu.
Poszłam do swojego prywatnego namiotu, gdzie z ulgą zrzuciłam strój bojowy. Tak, może było to nierozsądne - Łowczyni musi być zawsze gotowa - ale byłam już taka zmęczona, a nic nie wskazywało by dzisiaj miało się coś wydarzyć
Bogowie, jakże się myliłam.
Odpoczęłam raptem godzinkę, kiedy Ida rozchyliła wejście do mojego namiotu i zawołała:
- Ktoś idzie, Thalio.
- Wiadomo, kto?
- Chłopiec - zmarszczyła się. Jedna z najzagorzalszych feministek w gronie Łowczyń. - Biegnie i drze się, że chce z tobą porozmawiać. Nie wiem, jak znalazł nasze obozowisko.
- Może być z Obozu Herosów - ożywiłam się i zaczęłam zakładać kurtkę. - Obiecaliśmy im zawsze pomagać. Porozmawiam z nim.
Wyszłam z namiotu z łukiem w gotowości. Łowczynie już utworzyły szyk obronny wokół mnie. No tak, pod nieobecność Artemidy jestem najważniejszą osobą.
- THALIA! - wydarł się chudy chłopak i wbiegł na polanę. Wyhamował, widząc kilkadziesiąt wkurzonych, uzbrojonych i nienawidzących mężczyzn dziewczyn na swojej drodze.
Wyszukał mnie wzrokiem wśród tłumu, a mnie zajęło chwilę, zanim go rozpoznałam. Connor Hood. Albo Travis.
- Puśćcie go - powiedziałam do Natalie i Kellie, łapiących chłopaka za ramiona. - Znam go.
Wypuściły półboga, ale nadal trzymały się blisko niego. Pozostałe Łowczynie rozdzieliły się na dwa, robiąc mu przejście do mnie.
- O co chodzi, Connor? Travis. Jeden z nich - zapytałam.
- O Connora - wydyszał chłopak. - Nie wiem, co się z nim stało. Po prostu, kiedy się obudziłem jego nie było w łóżku, a kiedy wyszedłem z domku go szukać, biegał po pawilonie jadalnym w figach i staniku Elisy Krueger i krzyczał "uu - uu!". I gdyby nie to, że to takie straszne, umarłbym ze śmiechu. Kiedy chciałem go złapać, uciekł na czworakach do lasu. Ale zmienił repertuar, bo zaczął krzyczeć "nenenenenene".
Kilka Łowczyń zaśmiało się po cichu, ale zaraz odzyskały fason. I ja pozwoliłam sobie na jedno parsknięcie.
- Ale dlaczego przyszedłeś tutaj, zamiast, na przykład, dogonić brata na pegazie albo strzelić w niego środkiem usypiającym?
- Próbowałem, ale ta damska bielizna musi mieć jakieś mroczne moce. Jest pierońsko szybki.
Chichoty się wzmogły. Zakaszlałam, by ukryć śmiech. Biedny Travis, taki przywiązany do brata, mógłby odebrać to nie tak, jak powinien.
- Ale skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy? - zadała zasadnicze pytanie jedna z najstarszych Łowczyń w gronie.
- Ja... - bliźniak się zarumienił. - Grover mi powiedział. Wyczuł was w pobliżu.
Kiwnęłam głową.
- Pomożemy ci wytropić brata. Pamiętasz, w którą stronę pobiegł?
Travis pokiwał głową i wskazał na wschód.
- Dziękuję - powiedział, a ja słyszałam, że mówi szczerze. Ten pajac, mimo wesołego usposobienia, naprawdę kocha brata i martwi się o niego, chociaż sytuacja jest naprawdę komiczna.
Kiwnęłam głową i zwróciłam się do dziewczyn:
- Łowczynie, nowa misja! Wezwać wilczyce, mają wytropić i ewentualnie powalić, ale nie robiąc krzywdy, Connor'a Hood'a
Sześćdziesiąt dziewcząt zasalutowało i się rozbiegło. I ja popędziłam po pociski ze środkiem usypiającym. Nie chcemy zastrzelić Connora i powiesić sobie jego głowy na ścianie. Chociaż to by było super.
Znalezienie bliźniaka nie było takie trudne. Zajęło nam to ledwie piętnaście minut - Hood robił fikołki nad strumieniem i wył "tarara tarara tarara!". Kiedy nas zobaczył, zawołał "niaaaa!"i na czworakach pogalopował w gąszcz.
- Złapać go! - zawołałam i sama pobiegłam. I to wspaniałe uczucie wspólnoty, kiedy ty i twoje przyjaciółki gonicie po lesie oszalałego syna Hermesa w damskiej bieliźnie. Czujesz ich bliskość i wsparcie.
Travis miał jednak rację, Connora nie dosięgały żadne pociski usypiające, wymykał się nawet wilkom. Jak to możliwe, że człowiek na czworakach potrafi przegonić te piękne stworzenia? NIE WIEM.
Wobec braku innych możliwości, wzniosłam modlitwę do Artemidy.
Artemido, moja pani. Proszę, pomóż nam upolować tegoż półboga.
Artemida jest moją ulubioną boginią między innymi dlatego, że prawie zawsze odpowiada na modlitwy. Chłopak gnający przed nami nagle zahamował, wygiął plecy w łuk i zawył. Jego brat wrzasnął, przerażony i już po chwili te pięćdziesiąt metrów od nas stał kondor w staniku i figach.
-Nar, nar, nar, nar! - zagdakał. - Naaaaaar!
- Tak! - zawołałam ucieszona. - Dzięki, Artemido. BRAĆ KONDORA!
Dziewczyny wydały okrzyk bojowy i popędziły. Ptaka, o dziwo, pochwyciła Roxi i podeszła do mnie wśród wiwatujących Łowczyń z kondorem Connorem w ramionach.
- Stary! - ucieszył się Travis i przytulił do siebie obleśny łeb ptaka. - Już nigdy więcej staników!
- Nar, nar? - zainteresował się kondor Connor.
Ida zmarszczyła nosek.
- Typowy facet. Nawet jako ptak myśli tylko o jednym.
Roześmiałam się i zadarłam głowę:
- Dzięki ci, pani Artemido! Prosimy, aby już pani odmieniła kondora Connora. Po tym, jak go zwiążemy.
Związałyśmy ptakowi nogi, skrzydła, i, na wszelki wypadek, dziób. Kiedy skończyłyśmy, przez las przebiegł wiatr, a pod u naszych stóp leżała kopia Travisa, tylko związana, zakneblowana i odziana w damską bieliznę.
- Rany, szkoda, że nie mam telefonu - jęknęła Roxi. Uciszyły ją, ale zaiste, szkoda, że nie mogłyśmy tego udokumentować. Oto miażdżąca wygrana kobiet nad mężczyznami, oto, u naszych stóp, leży związany chłopak w damskiej bieliźnie. Ta chwila pozostanie w naszych nieśmiertelnych umysłach na zawsze.
- Stary! - Travis przypadł do brata i zerwał mu knebel. - Stary, mów do mnie!
Connor spojrzał na bliźniaka nieprzytomnym wzrokiem, otworzył usta i przemówił:
- Stary... czy ja byłem kondorem?
- Tak, stary.
- A wcześniej biegałem po lesie w bieliźnie Elisy Krueger?
- Dalej w niej jesteś, stary.
- Stary... - chłopak westchnął w ramionach brata. - To było zaczepiste.
Travis wyszczerzył się szeroko, jak tylko potrafi syn Hermesa.
- Staryyy... nigdy ci tego nie zapomnę! - roześmiał się. I my, Łowczynie, dołączyłyśmy się do radości chłopców. Nawet Ida się uśmiechnęła i parsknęła kilka razy.
Polowanie na kondora Connora było zdecydowanie jednym z tych, jakie pamięta się już na zawsze. A obraz Connora Hood'a w damskiej bieliźnie, przemierzającego las na czworakach już zawsze pozostanie w mojej pamięci.
Nota: Pierwszy Epizod, na początek zabawnie i luźno :) Zapraszam do pisania opinii pod komentarzami albo przysyłania ich na email olga.papaj13@gmail.com
12 prac Percy'ego Jacksona
środa, 30 września 2015
niedziela, 27 września 2015
Rozdział III: Coś się kończy, coś się zaczyna
Percy
Kiedy oboje z Annabeth wyszliśmy z wynajmowanego domku opodal uniwersytetu, ulice już były pełne podekscytowanych absolwentów w granatowych togach i ich rodzin.
Uśmiechnąłem się do dziewczyny i objąłem, przesuwając frędzel przy birecie tak, żeby zwisał jej przed nosem, na co prychnęła i zarzuciła głową, żeby odpędzić irytujące dyndajło, bo, tak jakby, ręce miała unieruchomione przeze mnie.
-Puszczaj, Glonomóżdżku! - warknęła. - Przez ciebie zepsułam sobie fryzurę.
Z misternego upięcia z tyłu głowy wyślizgnęły się kosmyki, które teraz opadały na czoło i muskały policzki Annabeth. Zdecydowanie lepiej to wyglądało. Tak typowo dla niej. Do wojowniczej córki Ateny nie pasowały przylizane koki.
-Tak jest ładniej - zapewniłem ją, łapiąc ją lekko za nadgarstki, kiedy uniosła ręce w celu poprawienia domniemanych niedoskonałości we fryzurze.
Spojrzała na mnie pytająco, ale opuściła dłonie, których mimo to nie przestałem trzymać.
-Nic nie robię, Percy. Możesz już mnie puścić - zapewniła.
-Mogę - przyznałem i błysnąłem uśmiechem. - Ale nie chcę.
Parsknęła, ale wiedziałem, że już ją złamałem.
-Mimo to, domagam się, byś oddał mi ręce. Będą mi potrzebne, kiedy będę odbierała moje świadectwo z wyróżnieniem - spojrzała na mnie z wyższością.
-Czy ja wiem. Zdążyłem się do nich przywiązać - odrzekłem z ociąganiem, ale puściłem nadgarstki Annabeth.
-Chodź, bo się spóźnimy. Już prawie wszyscy poszli.
Wzruszyłem ramionami i wymamrotałem pod nosem coś, co brzmiało jak ,,amguhumghprlprrrffff" czy coś w tym rodzaju. Mimo to poszedłem za dziewczyną, która szybkim krokiem zmierzała do uniwersytetu.
Minęliśmy i pozdrowiliśmy paru znajomych. Jak Jake'a, syna Marsa, któremu wydaje się, że może mieć każdą, ale i tak na celownik wziął Annabeth. I tym razem puścił do niej oko, ona mu kiwnęła, a ja zaszczyciłem go rozdrażnionym spojrzeniem.
Albo Alicię, córkę Wenus, której się wydaje, że może mieć każdego, ale i tak na celownik wzięła mnie. I tym razem posłała mi buziaka, ja jej kiwnąłem, a Annabeth zaszczyciła ją wściekłym spojrzeniem.
Na dziedzińcu przed wejściem do auli stali także Frank, Hazel i Reyna, którzy właśnie zaczęli się śmiać z czegoś.
-A oto i nasi absolwenci! - zawołała Reyna, kiedy nas zobaczyła. Pozostała dwójka odwróciła się z szerokimi uśmiechami. Hazel i Annabeth się uściskały, a ja i Frank podaliśmy sobie ręce.
-Czuję się jak dumna matka dwójki dorastających dzieci - przyznała pretorka, zarzucając mnie i mojej dziewczynie ręce na ramiona i ściskając.
-Uważaj, bo się rozpłaczesz, Reyno - zażartowała Annabeth, ale i ona miała łzy w oczach.
-Na pewno nie zostajecie? - spytała Hazel. - Jeśli nie mecie pieniędzy na dalszy wynajem to u nas jest dość miejsca...
-Nie, dziękujemy, Hazel - przerwała Annabeth. - Wstępujemy do moich rodziców na parę dni. Potem jedziemy do Nowego Jorku, chwilę zostajemy z Sally i wracamy do Obozu Herosów. Obiecałam Chejronowi, że pomogę na budowie. Jason robi jak mrówka i cały czas dostarcza nowych bogów.
-Wiemy - westchnęła Reyna. - W Obozie Jupiter jeszcze nigdy nie było tyle świątyń. Mówił mi jednak, że zbliża się już do końca.
-Wreszcie - Annabeth wywróciła oczami. - Gadałam z Piper przez iryfon. Mówi, że z powodu swojej misji Jason ją zaniedbuje. Naprawdę dawno nie mieli okazji na jakieś sam na sam.
-I jeszcze muszą zaplanować ślub - dorzuciłem.
-Co ty ostatnio masz z tym ślubem? - zirytowała się. - W pełni obwiniam ciebie, Reyno! Przez ciebie mój chłopak nagle zaczął myśleć o małżeństwie i we łbie mu się przewraca!
-Auć - mruknąłem.
-Dobrze, nie kłóćcie się - załagodziła Hazel. - To i tak bez sensu. Cieszcie się zakończeniem studiów. Natychmiast, oboje!
Zaśmialiśmy się, a temat małżeństwa i czyja to wina odszedł w niepamięć.
Aula była pełna po brzegi absolwentów. Wszyscy rozmawiali ze sobą z przejęciem, przyjmowali ostatnie rady od rodziców i bliskich.
Annabeth i ja siedzieliśmy z brzegu, żeby łatwiej nam było wyjść. Oboje byliśmy zdenerwowani. Ja się bałem, że w przejściu się przewrócę, a zanim odbiorę świadectwo ze ściany za mną wyskoczy piekielny ogar, który mnie połknie. Znając moje szczęście, było to prawdopodobne.
-Nie denerwuj się - powiedziałem, obejmując dziewczynę ramieniem. Nie tyle po to, by uspokoić ją, co dlatego, że pocieszanie jej i mnie poprawiało humor.
-Nie denerwuję się, po prostu... - nabrała powietrza. - Będę tęsknić za tymi wszystkimi ludźmi. Spędziliśmy z nimi cztery lata, Percy, a teraz mamy się rozstać.
-Hej - potrząsnąłem nią lekko. - Od kiedy to wojownicza córka Ateny przywiązuje się do kogoś więcej niż grona zaufanych przyjaciół. Z żadną z tych osób nie ratowałaś świata i będziesz tęsknić?
Uśmiechnęła się delikatnie, co uznałem za sukces.
-Razem z nimi ratowałam świat od takich półgłówków jak ty, Glonomóżdżku.
-Auć.
Zaśmiała się, kiedy pocałowałem jej policzek. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale na środek amfiteatru wyszedł rektor w towarzystwie Reyny. Zaczęli przemawiać o wspólnie spędzonych latach, że będą tęsknić i wiedza nie zginie. Tradycyjnie, ale Reyna, jak zwykle zresztą, przemawiała takim tonem, że wszyscy studenci mieli łzy w oczach.
-A teraz odczytam listę absolwentów, którzy ukończyli uczelnię z wyróżnieniem. Wyczytanych proszę na środek.
Abnateel, Adscore, Aktals, Amnesia... Chador, Chaffer, Chase.
Annabeth wstała i na trzęsących się nogach skierowała w stronę podium.
-Absolwentka inżynierii, architektury, mitologii rozszerzonej i podstaw filozofii - oświadczył z uśmiechem rektor, wyciągając prawą rękę do Annabeth. Dziewczyna ją uścisnęła, odebrała świadectwo, przytuliła mocno Reynę i wróciła na miejsce obok mnie. Tak, to tyle.
Szturchnąłem ją. Odwróciła na mnie zaszklony wzrok i wyglądała tak słodko, że przytuliłem ją do siebie i pocałowałem.
-Nie było tak źle, co? - wyszeptałem i poczułem, jak jej usta rozciągają się w uśmiechu.
-Lepiej mnie puść, Glonomóżdżku. Zaraz cię wyczytają i będzie niezręcznie, jeśli kiedy to nastąpi, będziesz się migdalił.
Prychnąłem pogardliwie, ale odsunąłem się. No, byłoby to niezręczne. A ja nie chciałem dostarczać Reynie, Frankowi i Hazel powodów do naśmiewania się ze mnie.
Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż wyczytają mnie.
Harper, Haley, Husher... Jabba, Jackson.
Odetchnąłem i wstałem, przeciskając się obok Ann. W drodze do podium czułem na sobie uporczywy wzrok studentów - to w końcu ten słynny PERSEUSZ JACKSON - ale nieszczególnie zwracałem na niego uwagę. Skupiałem się głównie na tym, żeby nie potknąć się o togę.
Jakoś dotarłem do podium bez potknięć/trzęsień ziemi/ataków potworów/końca świata. Okay, najgorsze za mną, pozostała ta najłatwiejsza część: podejść, uścisnąć odpowiednią rękę, odebrać świadectwo i porcję uścisków od Reyny i wrócić. Wyszło wszystko poza punktem piątym.
Na zejściu z podium, oczywiście, toga zaplątała mi się między nogami, więc schodząc wyglądałem jakbym tańczył. Potem w drodze z powrotem na górę, do Annabeth, zderzyłem się z biedną, podenerwowaną Penny Jad. Wreszcie, w milczeniu wróciłem do swojej dziewczyny, która oczywiście natychmiast wzięła sobie niczemu niewinną Penny na celownik.
-Ma fajne włosy, nie? - syknęła zjadliwie.
-No fajne - odburknąłem, dalej czując, że wszyscy na mnie patrzą.
-Tłuste, kędzierzawe i nijakie - prychnęła z pogardą.
-Niewątpliwie.
Spojrzała na mnie zirytowana, założyła ręce i opadła na oparcie.
~~*~~
-Wiemy - westchnęła Reyna. - W Obozie Jupiter jeszcze nigdy nie było tyle świątyń. Mówił mi jednak, że zbliża się już do końca.
-Wreszcie - Annabeth wywróciła oczami. - Gadałam z Piper przez iryfon. Mówi, że z powodu swojej misji Jason ją zaniedbuje. Naprawdę dawno nie mieli okazji na jakieś sam na sam.
-I jeszcze muszą zaplanować ślub - dorzuciłem.
-Co ty ostatnio masz z tym ślubem? - zirytowała się. - W pełni obwiniam ciebie, Reyno! Przez ciebie mój chłopak nagle zaczął myśleć o małżeństwie i we łbie mu się przewraca!
-Auć - mruknąłem.
-Dobrze, nie kłóćcie się - załagodziła Hazel. - To i tak bez sensu. Cieszcie się zakończeniem studiów. Natychmiast, oboje!
Zaśmialiśmy się, a temat małżeństwa i czyja to wina odszedł w niepamięć.
Aula była pełna po brzegi absolwentów. Wszyscy rozmawiali ze sobą z przejęciem, przyjmowali ostatnie rady od rodziców i bliskich.
Annabeth i ja siedzieliśmy z brzegu, żeby łatwiej nam było wyjść. Oboje byliśmy zdenerwowani. Ja się bałem, że w przejściu się przewrócę, a zanim odbiorę świadectwo ze ściany za mną wyskoczy piekielny ogar, który mnie połknie. Znając moje szczęście, było to prawdopodobne.
-Nie denerwuj się - powiedziałem, obejmując dziewczynę ramieniem. Nie tyle po to, by uspokoić ją, co dlatego, że pocieszanie jej i mnie poprawiało humor.
-Nie denerwuję się, po prostu... - nabrała powietrza. - Będę tęsknić za tymi wszystkimi ludźmi. Spędziliśmy z nimi cztery lata, Percy, a teraz mamy się rozstać.
-Hej - potrząsnąłem nią lekko. - Od kiedy to wojownicza córka Ateny przywiązuje się do kogoś więcej niż grona zaufanych przyjaciół. Z żadną z tych osób nie ratowałaś świata i będziesz tęsknić?
Uśmiechnęła się delikatnie, co uznałem za sukces.
-Razem z nimi ratowałam świat od takich półgłówków jak ty, Glonomóżdżku.
-Auć.
Zaśmiała się, kiedy pocałowałem jej policzek. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale na środek amfiteatru wyszedł rektor w towarzystwie Reyny. Zaczęli przemawiać o wspólnie spędzonych latach, że będą tęsknić i wiedza nie zginie. Tradycyjnie, ale Reyna, jak zwykle zresztą, przemawiała takim tonem, że wszyscy studenci mieli łzy w oczach.
-A teraz odczytam listę absolwentów, którzy ukończyli uczelnię z wyróżnieniem. Wyczytanych proszę na środek.
Abnateel, Adscore, Aktals, Amnesia... Chador, Chaffer, Chase.
Annabeth wstała i na trzęsących się nogach skierowała w stronę podium.
-Absolwentka inżynierii, architektury, mitologii rozszerzonej i podstaw filozofii - oświadczył z uśmiechem rektor, wyciągając prawą rękę do Annabeth. Dziewczyna ją uścisnęła, odebrała świadectwo, przytuliła mocno Reynę i wróciła na miejsce obok mnie. Tak, to tyle.
Szturchnąłem ją. Odwróciła na mnie zaszklony wzrok i wyglądała tak słodko, że przytuliłem ją do siebie i pocałowałem.
-Nie było tak źle, co? - wyszeptałem i poczułem, jak jej usta rozciągają się w uśmiechu.
-Lepiej mnie puść, Glonomóżdżku. Zaraz cię wyczytają i będzie niezręcznie, jeśli kiedy to nastąpi, będziesz się migdalił.
Prychnąłem pogardliwie, ale odsunąłem się. No, byłoby to niezręczne. A ja nie chciałem dostarczać Reynie, Frankowi i Hazel powodów do naśmiewania się ze mnie.
Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż wyczytają mnie.
Harper, Haley, Husher... Jabba, Jackson.
Odetchnąłem i wstałem, przeciskając się obok Ann. W drodze do podium czułem na sobie uporczywy wzrok studentów - to w końcu ten słynny PERSEUSZ JACKSON - ale nieszczególnie zwracałem na niego uwagę. Skupiałem się głównie na tym, żeby nie potknąć się o togę.
Jakoś dotarłem do podium bez potknięć/trzęsień ziemi/ataków potworów/końca świata. Okay, najgorsze za mną, pozostała ta najłatwiejsza część: podejść, uścisnąć odpowiednią rękę, odebrać świadectwo i porcję uścisków od Reyny i wrócić. Wyszło wszystko poza punktem piątym.
Na zejściu z podium, oczywiście, toga zaplątała mi się między nogami, więc schodząc wyglądałem jakbym tańczył. Potem w drodze z powrotem na górę, do Annabeth, zderzyłem się z biedną, podenerwowaną Penny Jad. Wreszcie, w milczeniu wróciłem do swojej dziewczyny, która oczywiście natychmiast wzięła sobie niczemu niewinną Penny na celownik.
-Ma fajne włosy, nie? - syknęła zjadliwie.
-No fajne - odburknąłem, dalej czując, że wszyscy na mnie patrzą.
-Tłuste, kędzierzawe i nijakie - prychnęła z pogardą.
-Niewątpliwie.
Spojrzała na mnie zirytowana, założyła ręce i opadła na oparcie.
~~*~~
Jak zawsze czułem się niezręcznie w domu ojca Annabeth w San
Francisco. Wnętrze było przytulne i miło urządzone, ale być może krępowała mnie
obecność śmiertelników i krzywe spojrzenia, jakie rzucała mi żona profesora
Chase'a. Nieprzyjemnie się złożyło, że akurat w domu byli synowie pani
Chase.
Starający się podtrzymywać rozmowę Fryderyk
Chase, kulący się w fotelach Bobby i Matthew, sztywno wyprostowana pani Chase,
onieśmielająca urodą i postawą Annabeth i ja. Wszyscy popijają herbatę z
porcelanowych filiżanek i pogryzają zbożowe ciasteczka, które nieprzyjemnie
przypominały mi ekologiczne cegły Iris.
Super.
-No. Annabeth - kobieta spojrzała na pasierbicę. - Czy ty i Percy
planujecie coś w temacie waszej przyszłości?
-Dlaczego wszyscy nas o to pytają? - westchnęła Annabeth i
wiedziałem, że jest zirytowana, ale była zbyt mądra, żeby zepsuć i tak słabą
atmosferę przesadnym rozdrażnieniem. - Dopiero skończyliśmy studia...
-Och, Annie, jesteś bardziej drętwa niż ja! - roześmiał się jej tata, czym zasłużył sobie na ciepłe spojrzenie córki.
-Cóż, no tak, ktoś musi - uśmiechnęła się do ojca i upiła łyk herbaty, patrząc na mnie wyczekująco znad brzegu filiżanki. Aha, mam coś powiedzieć...
-O tak, jest drętwa - palnąłem. Błąd. BŁĄD!
Pani Chase odchrząknęła i spojrzała na mnie życzliwie, w przeciwieństwie do Annabeth, której wzrok był bardziej niebezpieczny niż spojrzenie Meduzy. A, wierzcie mi, wiem, o czym mówię.
-Percy, kochany, jak wam było na tych studiach?
Z ulgą i wdzięcznością do kobiety, zacząłem opowiadać o uliczkach Nowego Rzymu, kampusie, uniwersytecie. Grzecznie pominąłem bezręki, gadający pomnik.
Pani Chase dużo się śmiała z tego, co jej mówiłem i to było naprawdę miłe. Nawet Annabeth stopniowo się odprężyła, a nawet zaczęła śmiać razem z macochą i uzupełniać moją opowieść twierdząc, że mogę sobie być synem jednego z Wielkiej Trójki, ale elokwencji nie mam za grosz.
Wow. Dzięki, kochanie.
No właśnie, było miło. Annabeth wyglądała pięknie, jak zawsze. To był dziwny, ale przyjemny widok: córka Ateny żartująca i przekomarzająca się z ojcem i macochą, nawet przyrodnimi braćmi.
-Percy! - zaśmiała się, szturchając mnie w ramię. - Coś się tak zamyślił? Stało się coś?
Spojrzałem na nią, a przed oczami przewinęły mi się wszystkie wspomnienia z nią związane. Annabeth mówi mi, że ślinię się przez sen. Ten żenujący incydent w Tunelu Miłości. Annabeth oswaja Cerbera. Annabeth całuje mnie w policzek, kiedy przyznałem się do pokrewieństwa z Tysonem. Tańczę z Annabeth w szkole wojskowej. Annabeth jest zazdrosna o Rachel Dare. Annabeth całuje mnie, zanim wybuch rzuci mnie na Ogygię. Wspominam Annabeth pływając w Styksie. Pokazuję Annabeth swój słaby punkt. Annabeth patrzy, jak Luke zabija się sztyletem, by pokonać Kronosa. Całuję Annabeth pod wodą. Tracę pamięć, zachowując wspomnienie o Annabeth. Spotykam ją ponownie w Nowym Rzymie. Rozstajemy się, by Annabeth mogła pójść za Znakiem Ateny. Spadamy razem do Tartaru. Przechodzimy go i nadal żyjemy. Pokonujemy Gaję. Idziemy na studia...
Mogę z czystym sumieniem oświadczyć, że przemyślałem swoje decyzje.
- Panie Chase? - odezwałem się, zamiast odpowiadać dziewczynie.
- Tak? - mężczyzna odwrócił się od żony i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Możemy porozmawiać?
- Oczywiście - powiedział ostrożnie i wstał z fotela. - Chodźmy do kuchni.
Rzuciłem uspokajające spojrzenie Annabeth i poszedłem za mężczyzną przez korytarz do kuchni. Pan Chase już tam był, nalewał sobie szklankę mleka.
- Słucham, Percy - zachęcił mnie gestem do mówienia.
Wziąłem głęboki oddech. Teraz albo nigdy. Czemu się stresuję? Zgodzi się. Musi.
- Mam do pana ogromną prośbę - zacząłem, a gdy skinął poważnie głową, kontynuowałem. - Chodzi o Annabeth... - a potem słowa popłynęły. - Chciałbym pana bardzo, ale to bardzo poprosić, i może pan się nie zgodzi, ale mam nadzieję, że jednak tak, bo chcę pana zapytać, czy nie miałby pan nic przeciwko gdybym poprosił Annabeth o rękę.
Sapnąłem i spojrzałem z nadzieją na pana Chase'a. Na jego twarzy stopniowo rozciągnął się szeroki uśmiech. Potem zaczął się śmiać i chwycił mnie w objęcia. Wow, kto by się spodziewał takiej siły po śmiertelniku.
- Percy! Mnie się pytasz? Idź z tym do niej - wypuścił mnie. - Jesteś dobrym człowiekiem, Perseuszu Jacksonie, a moja Ann cię kocha, to po was widać. Nie widzę przeciwwskazań, ale powinieneś jeszcze...
Wyrwałem się z osłupienia. Zgodził się!
- Dziękuję panu! - zawołałem i tym razem to ja przytuliłem przyszłego teścia, po czym wybiegłem do salonu cały w skowronkach. Byłem dobrej myśli.
Jakże się myliłem.
Nota: No tak, jest ten trzeci rozdział, zrodzony w bólu i łzach, ale jest. Mało ciekawy i wybitnie źle napisany. Przepraszam za tę przerwę, ale miałam problem w weną, internetem i... no tak, przepraszam.
No właśnie, było miło. Annabeth wyglądała pięknie, jak zawsze. To był dziwny, ale przyjemny widok: córka Ateny żartująca i przekomarzająca się z ojcem i macochą, nawet przyrodnimi braćmi.
-Percy! - zaśmiała się, szturchając mnie w ramię. - Coś się tak zamyślił? Stało się coś?
Spojrzałem na nią, a przed oczami przewinęły mi się wszystkie wspomnienia z nią związane. Annabeth mówi mi, że ślinię się przez sen. Ten żenujący incydent w Tunelu Miłości. Annabeth oswaja Cerbera. Annabeth całuje mnie w policzek, kiedy przyznałem się do pokrewieństwa z Tysonem. Tańczę z Annabeth w szkole wojskowej. Annabeth jest zazdrosna o Rachel Dare. Annabeth całuje mnie, zanim wybuch rzuci mnie na Ogygię. Wspominam Annabeth pływając w Styksie. Pokazuję Annabeth swój słaby punkt. Annabeth patrzy, jak Luke zabija się sztyletem, by pokonać Kronosa. Całuję Annabeth pod wodą. Tracę pamięć, zachowując wspomnienie o Annabeth. Spotykam ją ponownie w Nowym Rzymie. Rozstajemy się, by Annabeth mogła pójść za Znakiem Ateny. Spadamy razem do Tartaru. Przechodzimy go i nadal żyjemy. Pokonujemy Gaję. Idziemy na studia...
Mogę z czystym sumieniem oświadczyć, że przemyślałem swoje decyzje.
- Panie Chase? - odezwałem się, zamiast odpowiadać dziewczynie.
- Tak? - mężczyzna odwrócił się od żony i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Możemy porozmawiać?
- Oczywiście - powiedział ostrożnie i wstał z fotela. - Chodźmy do kuchni.
Rzuciłem uspokajające spojrzenie Annabeth i poszedłem za mężczyzną przez korytarz do kuchni. Pan Chase już tam był, nalewał sobie szklankę mleka.
- Słucham, Percy - zachęcił mnie gestem do mówienia.
Wziąłem głęboki oddech. Teraz albo nigdy. Czemu się stresuję? Zgodzi się. Musi.
- Mam do pana ogromną prośbę - zacząłem, a gdy skinął poważnie głową, kontynuowałem. - Chodzi o Annabeth... - a potem słowa popłynęły. - Chciałbym pana bardzo, ale to bardzo poprosić, i może pan się nie zgodzi, ale mam nadzieję, że jednak tak, bo chcę pana zapytać, czy nie miałby pan nic przeciwko gdybym poprosił Annabeth o rękę.
Sapnąłem i spojrzałem z nadzieją na pana Chase'a. Na jego twarzy stopniowo rozciągnął się szeroki uśmiech. Potem zaczął się śmiać i chwycił mnie w objęcia. Wow, kto by się spodziewał takiej siły po śmiertelniku.
- Percy! Mnie się pytasz? Idź z tym do niej - wypuścił mnie. - Jesteś dobrym człowiekiem, Perseuszu Jacksonie, a moja Ann cię kocha, to po was widać. Nie widzę przeciwwskazań, ale powinieneś jeszcze...
Wyrwałem się z osłupienia. Zgodził się!
- Dziękuję panu! - zawołałem i tym razem to ja przytuliłem przyszłego teścia, po czym wybiegłem do salonu cały w skowronkach. Byłem dobrej myśli.
Jakże się myliłem.
Nota: No tak, jest ten trzeci rozdział, zrodzony w bólu i łzach, ale jest. Mało ciekawy i wybitnie źle napisany. Przepraszam za tę przerwę, ale miałam problem w weną, internetem i... no tak, przepraszam.
poniedziałek, 24 sierpnia 2015
Rozdział II: Sen, szepty i odrobina metalu podszytego zdradą
Annabeth
Olimp. Sala konferencyjna bogów w pałacu Zeusa. Zajęte są trzy fotele, w których siedzieli Posejdon, Zeus i... moja mama?
-On to wkrótce zrobi, ojcze - mówiła. - Nie mogę mu na to pozwolić! To byłaby dla mnie i mojej córki hańba nie do zmycia.
-Ateno - westchnął zirytowany Posejdon. Dziwne. Zwykle to mama uspokajała wnerwionych bogów. -Myślisz, że mnie się ten pomysł podoba? Też nie zachwyca mnie fakt, że nasze dzieci... - wzdrygnął się. - Czy Percy nie udowodnił, że jest godny... TEGO, co zamierza zrobić? Błe, nawet nie umiem powiedzieć TEGO na głos.
Wzdrygnęli się oboje.
-Nie! Może i udowodnił, ale powinno mu wystarczyć, że nie interweniowałam, kiedy poszli razem na studia i zamieszkali... razem. Jeśli chce...
-O, nie, moja droga! Mój syn absolutnie zasługuje na przyzwolenie. Poza tym...
-DOSYĆ! - ryknął Zeus, który już od początku trwania tej rozmowy masował sobie skroń, oparty o podłokietnik. Atena i Posejdon zamilkli.
-Wypowiedz się, bracie. Powiedz jej, że Percy...
-Powiedziałem DOSYĆ - spojrzał na brata wilkiem i zwrócił się do Ateny. - Perseusz uzyska zgodę.
-Ale... - chciała się spierać mama, ale ojciec uciszył ją gestem. - POD WARUNKIEM, że pokaże, że jest tego godzien.
-Ale... - to był z kolei Posejdon, jednak zrezygnował.
-Atena wyznaczy chłopakowi, tradycyjnie, dwanaście trudnych prac. Jeśli wykona je wszystkie, otrzyma oficjalne przyzwolenie I BŁOGOSŁAWIEŃSTWO od was obojga i wszystkich Olimpijczyków. Pasuje?
-Niech będzie, bracie - burknął Posejdon i wyciągnął rękę do Ateny. - A ty? Zgadzasz się?
Bogini fuknęła z niezadowoleniem, ale i ona wyciągnęła dłoń.
-Dobrze. Jeśli Perseusz zakończy wszystkie dwanaście prac z powodzeniem, dam pozwolenie.
Sen zaczął blednąć, a bogowie rozmywać.
-Zaraz! - zawołałam. - Pozwolenie na co? Jakie dwanaście prac!? Mamo!
Poderwałam się na łóżku, a Percy odskoczył, zaniepokojony. Oddychałam ciężko i byłam spocona, pomimo rześkiego poranka.
Odgarnęłam włosy z gorącego czoła i westchnęłam, patrząc na Percy'ego. Był wyraźnie zmartwiony, a mnie się zrobiło głupio, że go niepotrzebnie straszę. On zawsze okropnie się przejmował, kiedy działo mi się coś odbiegającego od normy, chociaż wiedział, że przeżyłam gorsze rzeczy niż zły sen.
Usiadł przy mnie na łóżku i założył mi kosmyk, który oczywiście znów opadł, za ucho.
-Miałaś koszmar? - zmartwił się.
-Nie - pokręciłam głową, a on zmarszczył brwi. Zaśmiałam się, bo wyglądał słodko z rozczochranymi włosami i wyrazem niezrozumienia na twarzy. - W sensie nie taki zwykły koszmar. To był raczej jeden z tych herosowych snów.
-Powiesz mi, co w nim było? - zapytał poważnie. Rozumiał, że półbogowie nie zawsze chcą mówić o swoich proroczych snach. - Moglibyśmy razem próbować go zrozumieć.
Chociaż przeważnie mu ulegałam, kiedy w prośbie używał słów ,,nas" i ,,razem" w odniesieniu do mnie i jego, jednak w tym wypadku pokręciłam głową.
-To nic ważnego. Był Olimp, i bogowie, kłócili się o coś, ale nawet już nie pamiętam.
Popatrzył na mnie z powątpiewaniem. WIEDZIAŁ, że te dziwne sny są również bardzo wyraziste i przeważnie się je zapamiętuje. Usiłował drążyć dalej, ale, hej, on ma to ,,nas", które mnie rozbraja,
więc ja też mam swoje sposoby negocjacji z chłopakiem.
Złapałam go za ramię, przyciągnęłam do siebie i pocałowałam. Kiedy się odsunęłam, miał uniesioną brew.
-Jeśli to był sposób, żeby mnie powstrzymać od drążenia tematu...
-Percy...
-To był nad wyraz skuteczny.
Roześmiałam się, pochylając głowę. Matko, tylko on umiał mnie rozluźnić po takim niepokojącym śnie. I chyba nawet się nie starał, co najlepsze.
Kiedy znowu na niego spojrzałam, patrzył na mnie w zamyśleniu. Zmarszczyłam brwi. Miałam nieświeży oddech? Pewnie o to chodziło. Po prostu WRESZCIE nabył na tyle taktu, który w niego wtłaczałam od pierwszych dni naszej znajomości, żeby o tym nie wspominać.
-Czemu się obudziłeś? - zapytałam, siadając po turecku naprzeciwko mężczyzny.
-Obudziłem się wcześniej, a ty zaczęłaś mamrotać, więc podszedłem. Strasznie byłaś rozgrzana, jak po półgodzinnym biegu. Na pewno nie chcesz o tym pogadać? - upewnił się. Wywróciłam oczami.
-Nie, Percy, nie chcę. Bogowie. Nie jesteś moim osobistym psychologiem.
-Cóż, jako twój chłopak powinienem się spełniać nie tylko jako ukochany. Również przyjaciel, psycholog, lekarz, niańka, piesek i worek treningowy.
Bogowie, był doskonały. Tylko lepiej, żebym mu o tym nie mówiła. Dość mu samozadowolenia.
-Skup się lepiej, Burek. Jesteś też absolwentem. Zaraz, która godzina!? - skojarzyłam sobie. Dzisiaj oficjalne zakończenie studiów! Rozpoczęcie uroczystości o dziesiątej, a ja musiałam się przygotować. I pomóc Percy'emu się wplątać w granatową rzymską togę.
-Siódma. Masz trzy godziny na układanie włosków, Mądralo.
-Przypominam, że jedną trzecią tego czasu poświęciłbyś na założenie togi, gdybym ci nie pomagała.
-No już, nie płacz - pocałował mnie w czubek nosa i wstał, jednocześnie zdejmować koszulkę od piżamy. Schowałam twarz w kołdrze. Kiedy uniosłam wzrok, puścił mi oko, zaśmiał się i wszedł do łazienki.
Parsknęłam i opadłam na poduszki, czekając, aż wyjdzie i starając się przeobrazić rozbawienie w rozdrażnienie.
-On to wkrótce zrobi, ojcze - mówiła. - Nie mogę mu na to pozwolić! To byłaby dla mnie i mojej córki hańba nie do zmycia.
-Ateno - westchnął zirytowany Posejdon. Dziwne. Zwykle to mama uspokajała wnerwionych bogów. -Myślisz, że mnie się ten pomysł podoba? Też nie zachwyca mnie fakt, że nasze dzieci... - wzdrygnął się. - Czy Percy nie udowodnił, że jest godny... TEGO, co zamierza zrobić? Błe, nawet nie umiem powiedzieć TEGO na głos.
Wzdrygnęli się oboje.
-Nie! Może i udowodnił, ale powinno mu wystarczyć, że nie interweniowałam, kiedy poszli razem na studia i zamieszkali... razem. Jeśli chce...
-O, nie, moja droga! Mój syn absolutnie zasługuje na przyzwolenie. Poza tym...
-DOSYĆ! - ryknął Zeus, który już od początku trwania tej rozmowy masował sobie skroń, oparty o podłokietnik. Atena i Posejdon zamilkli.
-Wypowiedz się, bracie. Powiedz jej, że Percy...
-Powiedziałem DOSYĆ - spojrzał na brata wilkiem i zwrócił się do Ateny. - Perseusz uzyska zgodę.
-Ale... - chciała się spierać mama, ale ojciec uciszył ją gestem. - POD WARUNKIEM, że pokaże, że jest tego godzien.
-Ale... - to był z kolei Posejdon, jednak zrezygnował.
-Atena wyznaczy chłopakowi, tradycyjnie, dwanaście trudnych prac. Jeśli wykona je wszystkie, otrzyma oficjalne przyzwolenie I BŁOGOSŁAWIEŃSTWO od was obojga i wszystkich Olimpijczyków. Pasuje?
-Niech będzie, bracie - burknął Posejdon i wyciągnął rękę do Ateny. - A ty? Zgadzasz się?
Bogini fuknęła z niezadowoleniem, ale i ona wyciągnęła dłoń.
-Dobrze. Jeśli Perseusz zakończy wszystkie dwanaście prac z powodzeniem, dam pozwolenie.
Sen zaczął blednąć, a bogowie rozmywać.
-Zaraz! - zawołałam. - Pozwolenie na co? Jakie dwanaście prac!? Mamo!
Poderwałam się na łóżku, a Percy odskoczył, zaniepokojony. Oddychałam ciężko i byłam spocona, pomimo rześkiego poranka.
Odgarnęłam włosy z gorącego czoła i westchnęłam, patrząc na Percy'ego. Był wyraźnie zmartwiony, a mnie się zrobiło głupio, że go niepotrzebnie straszę. On zawsze okropnie się przejmował, kiedy działo mi się coś odbiegającego od normy, chociaż wiedział, że przeżyłam gorsze rzeczy niż zły sen.
Usiadł przy mnie na łóżku i założył mi kosmyk, który oczywiście znów opadł, za ucho.
-Miałaś koszmar? - zmartwił się.
-Nie - pokręciłam głową, a on zmarszczył brwi. Zaśmiałam się, bo wyglądał słodko z rozczochranymi włosami i wyrazem niezrozumienia na twarzy. - W sensie nie taki zwykły koszmar. To był raczej jeden z tych herosowych snów.
-Powiesz mi, co w nim było? - zapytał poważnie. Rozumiał, że półbogowie nie zawsze chcą mówić o swoich proroczych snach. - Moglibyśmy razem próbować go zrozumieć.
Chociaż przeważnie mu ulegałam, kiedy w prośbie używał słów ,,nas" i ,,razem" w odniesieniu do mnie i jego, jednak w tym wypadku pokręciłam głową.
-To nic ważnego. Był Olimp, i bogowie, kłócili się o coś, ale nawet już nie pamiętam.
Popatrzył na mnie z powątpiewaniem. WIEDZIAŁ, że te dziwne sny są również bardzo wyraziste i przeważnie się je zapamiętuje. Usiłował drążyć dalej, ale, hej, on ma to ,,nas", które mnie rozbraja,
więc ja też mam swoje sposoby negocjacji z chłopakiem.
Złapałam go za ramię, przyciągnęłam do siebie i pocałowałam. Kiedy się odsunęłam, miał uniesioną brew.
-Jeśli to był sposób, żeby mnie powstrzymać od drążenia tematu...
-Percy...
-To był nad wyraz skuteczny.
Roześmiałam się, pochylając głowę. Matko, tylko on umiał mnie rozluźnić po takim niepokojącym śnie. I chyba nawet się nie starał, co najlepsze.
Kiedy znowu na niego spojrzałam, patrzył na mnie w zamyśleniu. Zmarszczyłam brwi. Miałam nieświeży oddech? Pewnie o to chodziło. Po prostu WRESZCIE nabył na tyle taktu, który w niego wtłaczałam od pierwszych dni naszej znajomości, żeby o tym nie wspominać.
-Czemu się obudziłeś? - zapytałam, siadając po turecku naprzeciwko mężczyzny.
-Obudziłem się wcześniej, a ty zaczęłaś mamrotać, więc podszedłem. Strasznie byłaś rozgrzana, jak po półgodzinnym biegu. Na pewno nie chcesz o tym pogadać? - upewnił się. Wywróciłam oczami.
-Nie, Percy, nie chcę. Bogowie. Nie jesteś moim osobistym psychologiem.
-Cóż, jako twój chłopak powinienem się spełniać nie tylko jako ukochany. Również przyjaciel, psycholog, lekarz, niańka, piesek i worek treningowy.
Bogowie, był doskonały. Tylko lepiej, żebym mu o tym nie mówiła. Dość mu samozadowolenia.
-Skup się lepiej, Burek. Jesteś też absolwentem. Zaraz, która godzina!? - skojarzyłam sobie. Dzisiaj oficjalne zakończenie studiów! Rozpoczęcie uroczystości o dziesiątej, a ja musiałam się przygotować. I pomóc Percy'emu się wplątać w granatową rzymską togę.
-Siódma. Masz trzy godziny na układanie włosków, Mądralo.
-Przypominam, że jedną trzecią tego czasu poświęciłbyś na założenie togi, gdybym ci nie pomagała.
-No już, nie płacz - pocałował mnie w czubek nosa i wstał, jednocześnie zdejmować koszulkę od piżamy. Schowałam twarz w kołdrze. Kiedy uniosłam wzrok, puścił mi oko, zaśmiał się i wszedł do łazienki.
Parsknęłam i opadłam na poduszki, czekając, aż wyjdzie i starając się przeobrazić rozbawienie w rozdrażnienie.
Hazel
Otworzyłam oczy, wciągając gwałtownie powietrze. Zamrugałam prędko i podniosłam głowę z poduszki, rozglądając się. Było cicho.
Spokojnie, to pewnie tylko wiatr, powiedziałam sobie. Sama jednak w to nie wierzyłam. Czy nie tak ludzie tłumaczą sobie wszelkie niepokojące zjawiska? A przecież byłam pewna, że słyszałam czyjś szept. Słyszenie głosów bez powodu nie było dobrym znakiem, nawet dla dzieci Plutona. Zwłaszcza dla nas! Szepty przeważnie oznaczały sprawy Podziemia, czyli nic dobrego.
Usiadłam, przeczesując włosy i wzdychając.
I tak już nie zasnę, więc równie dobrze mogę iść na spacer, stwierdziłam, wsuwając nogi w trampki. Wstałam i spojrzałam na drugą stronę łóżka, gdzie spał Frank, oddychając głęboko. Uśmiechnęłam się. Patrzenie na niego zawsze mnie uspokajało, jakkolwiek zaniepokojona byłam.
I tym razem, widząc jego spokojną twarz, jego pierś unoszącą się miarowo, poczułam się lepiej. Wyszłam z naszego domku w Nowym Rzymie już w lepszym nastroju. Spacer uliczkami podczas rześkiego poranka oczyścił moje myśli i uspokoił skołatane serce. Tam, na zewnątrz, kiedy odwracałam twarz do wschodzącego słońca, myśli o szeptach wydawały mi się irracjonalne. No, bardziej, niż fakt, że jestem półboginią. Do tego już przywykłam.
-Czy to nie dziwne, że z czasem przyzwyczajamy się do największych niezwykłości, jeśli wystarczająco długo mamy z nimi styczność?
-No, nie wiem - powiedział Frank, otaczając mnie ramionami. - Ja tam jeszcze nie do końca przyswoiłem, że jesteś ze mną.
Zaśmiałam się, opierając o pierś mężczyzny. Był ode mnie znacznie wyższy, co mnie nieszczególnie zrażało, bo był jednocześnie łagodny i słodki.
-Głupolu, jesteśmy razem od siedmiu lat. Radzę sobie uświadomić to i owo.
Pocałował mnie w czubek głowy i schował twarz w moich włosach.
-Dlaczego wyszłaś? - zapytał ostrożnie, gotowy w każdej chwili się wycofać, gdyby pytanie mogło okazać się dla mnie w pewien sposób niewygodne.
Było niewygodne, ale on zawsze wpadał w zły humor, jeśli jakoś mnie zawstydził lub zirytował. Więc mu opowiedziałam o dziwnych szeptach i złym przeczuciu, którego doświadczyłam.
-Wiesz, czego dotyczyło? - przerwał mi, co do niego niepodobne. NIGDY mi nie przerywał, a to oznaczało, że naprawdę się zaniepokoił.
Pokręciłam głową, wzdychając. Przeczucia były niejednoznaczne. Wiedziałam, że wydarzy się niedługo coś ważnego i niekoniecznie dobrego. Związanego z Podziemiem. Tak przynajmniej sądziłam, bo nigdy nie miałam przeczuć, które nie miałoby z nim nic wspólnego. To by zresztą nie miało sensu.
-A kiedy mają się ziścić te przeczucia? To wiesz?
-Niestety. Wszystko zależy od wszystkiego. Nie da się przewidzieć przyszłości, bo może się zmienić w każdej chwili.
-Czyli co nam pozostaje? - zapytał, gładząc mój policzek.
Spojrzałam na niego poważnie.
-Czekać.
-Dlaczego wyszłaś? - zapytał ostrożnie, gotowy w każdej chwili się wycofać, gdyby pytanie mogło okazać się dla mnie w pewien sposób niewygodne.
Było niewygodne, ale on zawsze wpadał w zły humor, jeśli jakoś mnie zawstydził lub zirytował. Więc mu opowiedziałam o dziwnych szeptach i złym przeczuciu, którego doświadczyłam.
-Wiesz, czego dotyczyło? - przerwał mi, co do niego niepodobne. NIGDY mi nie przerywał, a to oznaczało, że naprawdę się zaniepokoił.
Pokręciłam głową, wzdychając. Przeczucia były niejednoznaczne. Wiedziałam, że wydarzy się niedługo coś ważnego i niekoniecznie dobrego. Związanego z Podziemiem. Tak przynajmniej sądziłam, bo nigdy nie miałam przeczuć, które nie miałoby z nim nic wspólnego. To by zresztą nie miało sensu.
-A kiedy mają się ziścić te przeczucia? To wiesz?
-Niestety. Wszystko zależy od wszystkiego. Nie da się przewidzieć przyszłości, bo może się zmienić w każdej chwili.
-Czyli co nam pozostaje? - zapytał, gładząc mój policzek.
Spojrzałam na niego poważnie.
-Czekać.
Jason
Piper chyba była zła. Nie mogłem jej obwiniać - faktycznie, nie poświęcałem jej ostatnio zbyt wiele czasu, ale musiała zrozumieć, że to już prawie koniec, a do Anglii możemy polecieć w ramach podróży poślubnej. Cholera, jej ojciec z radością ufunduje nam także podróż przedślubną!
Po ,,rozmowie" z kobietą nie mogłem zapomnieć o obowiązkach, więc udałem się do dzieci Ateny odpowiedzialnych za projektowanie domków i powiedziałem i Invidii i Beatitudinemie oraz konieczności domków dla nich. Beatitudinem może by wybaczył brak domku, jednak od boginki nie można tego oczekiwać.
Nasi architekci nie zareagowali szczególnie entuzjastycznie na wieść o nowej pracy. Prawda, z początku cieszyli się na taką ilość projektów, jednak i ich zaczęło to w końcu nużyć. Brakowało wśród nich Annabeth.
Po dostarczeniu nowej porcji roboty architektom udałem się odwiedzić Nico, który zarządzał budową pod moją nieobecność. Jako Mroczny Pan Inżynier, jak go tytułowali po cichu obozowicze, miał posłuch wśród poddanych. Ciekawe, dlaczego, prawda?
Stał pośrodku przyszłego domku Higiei z czarnymi słuchawkami na uszach i wydawał polecenia, kiwając głową do rytmu, który słyszał tylko on.
Podszedłem do syna Hadesa i zrobiło mi się zimno. Ups, zły humor? Lepiej do niego wtedy nie podchodzić, ale jeśli był zdolny pracować, to nie mogło być tak źle. Pewnie po prostu drażniło go to czyste, błękitne niebo i ciepły blask słońca. Tak, to pewnie to.
Słyszałem już muzykę z jego słuchawek. Ostry metal. Jak zwykle. Położyłem mu dłoń na ramieniu, przywołując na twarz przyjazny, ale ostrożny uśmiech.
Odwrócił się nagle, jakby gotowy do walki, z pociemniałymi oczami i dłońmi rozłożonymi po bokach, jak zawsze robił, gdy szykował się do wysłania na wroga wali umarlaków spod ziemi. Był gotowy rozwalić własną budowę na rzecz samotności? Czy to odruch? Chyba NAPRAWDĘ było źle.
-Hej, Nico. Zamierzasz otworzyć mi ziemię pod stopami? - zapytałem pół żartem, pół serio. Byłby do tego zdolny.
-Może - burknął, ale opuścił ramiona i ponownie odwrócił się tyłem. - CO TY ROBISZ Z TYMI CEGŁAMI!? CHOLERA, NIE WIESZ, JAK SIĘ MURUJE ŚCIANY!? CO TY TU W OGÓLE ROBISZ!?
Podskoczyłem, patrząc na niego w osłupieniu. Widziałem kiedyś, jak nadzoruje budowę i podnosił głos tylko dlatego, że było to konieczne, by herosi go słyszeli. Polecenia indywidualne udzielał, podchodząc najpierw do delikwenta i mówiąc cicho, wyraźnie i zimno. NIGDY się nie wydzierał. O, tak, było źle.
-Nico, zrób sobie przerwę - powiedziałem spokojnie.
-Co? - spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. - Nie trzeba. Czuję się dobrze - wycedził i ponownie odwrócił się tyłem.
Zdjąłem mu słuchawki, przez co zasłużyłem sobie na wściekłe spojrzenie. Wyjątkowo się nie obawiałem. Troska o mojego, praktycznie rzecz biorąc, kuzynka, była ważniejsza niż głupi lęk przed jego mroczną mocą.
-Powiedz, o co chodzi - zażądałem, mając nadzieję, że zabrzmiało to jak rozkaz, nie prośba.
Syn Hadesa zacisnął usta, rozglądając się po budowie. Po chwili znowu spojrzał na mnie i westchnął wściekle przez nos.
-Nie tutaj. Za dużo świadków.
Zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, zatopił się w cień ściany po naszej lewej, a gdy się rozejrzałem stał przy pawilonie jadalnym parędziesiąt metrów dalej. Westchnąłem i pobiegłem truchtem w jego stronę.
-Okej. Teraz powiedz o co chodzi.
Kiedy uniósł opuszczoną głowę, ze zdziwieniem zauważyłem w jego oczach łzy. Zatkało mnie. To się nie zdarzało. Nico di Angelo wiele wycierpiał w życiu, ale nauczył się cierpieć w milczeniu. Nico di Angelo jest twardy i zimny. Nico di Angelo nie płacze.
W każdym razie nie ten, którego ja znałem. Bo ten, który stał przede mną usiłował powstrzymywać łzy.
-Ej... Co się stało?
-Will i ja... zerwał ze mną - powiedział nadspodziewanie beznamiętnie.
-Czemu? - zdziwiłem się. Poza tym, że homoseksualną, byli całkiem normalną parą. I nawet byli szczęśliwi. Nico odrobinę się otworzył przy synu Apollina.
-Zakochał się - następne słowa wycedził, jakby to była choroba. - W... dziewczynie.
-Której? - dopytywałem.
-Nawet ją nie do końca znam. Rosa Michaels, córka Demeter. Rudoblond włosy, jedno oko niebieskie, drugie zielone. Niska, szczupła. Uwielbia róże. Brzoskwiniowe. Tego samego dnia, kiedy Will... skończył z nami, poszedł do niej i dał jej cały bukiet takich.
-I chciała z nim być? - wyraziłem zdziwienie. - Pomimo, że chodził z... no, chłopakiem.
-Powiedziała, że zawsze jej się podobał. Od razu się zgodziła.
Spłynęły dwie łzy. Nie więcej. Zacisnął zęby i oparł się o kolumnę pawilonu, patrząc na mnie spode łba. Parsknął niewesołym śmiechem.
-Nie jest mi przeznaczone być szczęśliwym, nie?
Chciałem zaprotestować, ale słowa ugrzęzły w gardle. Nico tyle przeżył. Stracił matkę, potem siostrę, zakochał się w Percy'm, sam przeszedł cały Tartar, poprowadził nas przez Dom Hadesa, podróżował cieniem z dziesięciometrowym pomnikiem, wyniosłą Rzymianką i satyrem, któremu przestał działać instynkt samozachowawczy. W końcu, po pokonaniu Gai wydawało mu się, że to już koniec, znalazł swoje miejsce. Ale wtedy Will od niego odszedł. Znałem Rosę, była sympatyczna, dzielna i miła, ale teraz wydała mi się sztuczna i pusta. Jakby zgodziła się na związek z Willem tylko, żeby zranić Nico. Irracjonalne? Tak. Pochopne? Absolutnie. Płytkie? Nawet bardzo!
Ale takie były moje wrażenia.
-A może tak... Szukasz szczęścia nie tam, gdzie trzeba? - rzuciłem nieśmiało, na co spiorunował mnie wzrokiem.
-Widziałem je tylko w Willu. Teraz nie widzę go wcale - powiedział chłodno i znowu wtopił się w cień, ale nie pojawił się na placu budowy ani nigdzie indziej, gdzie sięgał mój wzrok.
Zniknął.
Nota:
Rozdział dłuższy niż poprzedni i podejrzewam, że odrobinę ciekawszy. Zresztą, wyraźcie swoje zdanie w komentarzach. Dla tych, którzy nie mają konta na bloggerze pozostaje wybranie opcji ,,anonim". Możecie też pisać w komentarzach, o czym chcielibyście (o ile, oczywiście, ktokolwiek ten blog odwiedza) przeczytać w następnych rozdziałach czy Epizodach.
Następny rozdział, przy sprzyjającej wenie, za parę dni, najpóźniej tydzień. Na początku zawsze jest z górki ;)
piątek, 21 sierpnia 2015
Rozdział I: Ważne decyzje
Percy
Koniec czerwca. Annabeth i ja siedzieliśmy przed naszą ulubioną kafejką i patrzeliśmy na Nowy Rzym, który był naszym domem przez ostatnie lata. Studia tutaj bardzo nas do siebie zbliżyły pomimo, że większość zajęć mieliśmy osobno. Zresztą i tak mieszkaliśmy razem, chociaż nawet tam głównie się uczyliśmy. To jej wina! Ja miałem ciekawsze pomysły na spędzanie czasu na osobności, ale ona się upierała, że "najpierw nauka, potem przyjemności". Tylko, cholera, Annabeth uczyła się ciągle!
Zmarszczyłem nos, myśląc o tym, na co dziewczyna spojrzała na mnie z uśmiechem.
-Co jest, Glonomóżdżku? Będziesz tęsknił za studiami? - trąciła mnie, wyciągając rękę nad stolikiem.
-Raczej ty, Mądralo - popukałem palcem w wierzch jej dłoni. - Już widzę, jak będę cię musiał tulić, podczas gdy ty będziesz zalewała się łzami nad utraconymi godzinami na uczelni, które już nie powrócą.
-Uważaj, bo uwierzę, że tobie niczego nie będzie brakować. Na przykład, tej kafejki.
-Terminusa - dorzuciłem.
-Sobotnich odwiedzin Reyny - uśmiechnęła się.
-Profesora McTent'a - westchnąłem, na wspomnienie grubego faceta o sumiastych wąsach, który przesadnie wymawiał ,,m", przez co studenci tytułowali go MamaTent.
Zaśmialiśmy się. Spojrzałem na dziewczynę. Nigdy nie przyzwyczaję się do jej urody. To niemożliwe przy złotych lokach rozpuszczonych na ramiona, opalonej na ładny, jasnobrązowy kolor skórze i pięknych, burzowo szarych oczach, które niegdyś mnie co prawda peszyły, ale w końcu oczarowały i rozkochały. Nie, żebym kochał Annabeth ze względu na oczy. Była nie tylko piękna, ale też odważna. NAPRAWDĘ odważna. I bardzo, bardzo, bardzo, BARDZO mądra. Czasami aż przemądrzała. I urocza, zwłaszcza, kiedy mówiła o architekturze. Kiedyś mnie to bardzo wkurzało, co prawda. Teraz rozczulało i budziło wspomnienia.
A ja NAPRAWDĘ powinienem się leczyć.
-Będę tęsknić za tym miejscem - powiedziała i spojrzała na mnie.
-Ja też - westchnąłem i wyciągnąłem rękę przez stół żeby spleść nasze palce. - Ale spójrz na to inaczej. Teraz, kiedy jesteśmy już właściwie absolwentami, będziemy mieć więcej czasu na czynności, które uniemożliwiała nam nauka.
Uśmiechnęła się szeroko.
-Chyba pogodzę się z końcem studiów.
Parsknąłem śmiechem i pochyliliśmy się nad stolikiem żeby się pocałować.
-Chyba nie przeszkadzam? - usłyszałem wesoły głos. Oderwaliśmy się od siebie. Kiedy zobaczyliśmy, kto nam przeszkadza, skinąłem głową z udawaną powagą.
-Pretorko Reyno Avila Ramirez - Arellano.
Odpowiedziała takim samym gestem.
-Były pretorze Perseuszu Jacksonie - skinęła w stronę Annabeth. - I absolwentko Annabeth Chase - Jackson.
Annabeth zarumieniła się wdzięcznie, a ja zaczerwieniłem się jak burak. Reyna uniosła brwi.
-Nie mówcie, że niczego nie planujecie.
-To duży krok, Reyno, wart zastanowienia, a większość naszego czasu zajmowała nauka. Nie było kiedy myśleć o przyszłości - wyjaśniła córka Ateny.
Reyna parsknęła i zbliżyła się do naszego stolika.
-To teraz wy mnie posłuchajcie. Wy... Jesteście chyba najbardziej zakochaną w sobie parą, jaką znam. A znam Jasona, Piper, Hazel, Franka i całe mnóstwo innych. I wy twierdzicie, że to ,,warte zastanowienia"? Mówię to ja, córka bogini wojny.
-Ona tak twierdzi, mnie w to nie mieszaj - uniosłem ręce w obronnym geście, na co Ann zmroziła mnie wzrokiem.
-Zastanowimy się, Rey. Nie dosiądziesz się? - wskazała na krzesło przy sąsiednim stoliku.
-Nie, dziękuję wam. Wpadłam tylko na chwilę, zaraz muszę wracać do obozu. No wiecie, pretor i tak dalej. Mam swoje obowiązki - westchnęła. - Ale wy się nie krępujcie.
Odeszła, powiewając za sobą ciemnym warkoczem i purpurowym płaszczem, ale pomysł zostawiła. Już do końca dnia wyobrażałem sobie, jak wyglądałby pierścionek na dłoni Annabeth.
Zaśmialiśmy się. Spojrzałem na dziewczynę. Nigdy nie przyzwyczaję się do jej urody. To niemożliwe przy złotych lokach rozpuszczonych na ramiona, opalonej na ładny, jasnobrązowy kolor skórze i pięknych, burzowo szarych oczach, które niegdyś mnie co prawda peszyły, ale w końcu oczarowały i rozkochały. Nie, żebym kochał Annabeth ze względu na oczy. Była nie tylko piękna, ale też odważna. NAPRAWDĘ odważna. I bardzo, bardzo, bardzo, BARDZO mądra. Czasami aż przemądrzała. I urocza, zwłaszcza, kiedy mówiła o architekturze. Kiedyś mnie to bardzo wkurzało, co prawda. Teraz rozczulało i budziło wspomnienia.
A ja NAPRAWDĘ powinienem się leczyć.
-Będę tęsknić za tym miejscem - powiedziała i spojrzała na mnie.
-Ja też - westchnąłem i wyciągnąłem rękę przez stół żeby spleść nasze palce. - Ale spójrz na to inaczej. Teraz, kiedy jesteśmy już właściwie absolwentami, będziemy mieć więcej czasu na czynności, które uniemożliwiała nam nauka.
Uśmiechnęła się szeroko.
-Chyba pogodzę się z końcem studiów.
Parsknąłem śmiechem i pochyliliśmy się nad stolikiem żeby się pocałować.
-Chyba nie przeszkadzam? - usłyszałem wesoły głos. Oderwaliśmy się od siebie. Kiedy zobaczyliśmy, kto nam przeszkadza, skinąłem głową z udawaną powagą.
-Pretorko Reyno Avila Ramirez - Arellano.
Odpowiedziała takim samym gestem.
-Były pretorze Perseuszu Jacksonie - skinęła w stronę Annabeth. - I absolwentko Annabeth Chase - Jackson.
Annabeth zarumieniła się wdzięcznie, a ja zaczerwieniłem się jak burak. Reyna uniosła brwi.
-Nie mówcie, że niczego nie planujecie.
-To duży krok, Reyno, wart zastanowienia, a większość naszego czasu zajmowała nauka. Nie było kiedy myśleć o przyszłości - wyjaśniła córka Ateny.
Reyna parsknęła i zbliżyła się do naszego stolika.
-To teraz wy mnie posłuchajcie. Wy... Jesteście chyba najbardziej zakochaną w sobie parą, jaką znam. A znam Jasona, Piper, Hazel, Franka i całe mnóstwo innych. I wy twierdzicie, że to ,,warte zastanowienia"? Mówię to ja, córka bogini wojny.
-Ona tak twierdzi, mnie w to nie mieszaj - uniosłem ręce w obronnym geście, na co Ann zmroziła mnie wzrokiem.
-Zastanowimy się, Rey. Nie dosiądziesz się? - wskazała na krzesło przy sąsiednim stoliku.
-Nie, dziękuję wam. Wpadłam tylko na chwilę, zaraz muszę wracać do obozu. No wiecie, pretor i tak dalej. Mam swoje obowiązki - westchnęła. - Ale wy się nie krępujcie.
Odeszła, powiewając za sobą ciemnym warkoczem i purpurowym płaszczem, ale pomysł zostawiła. Już do końca dnia wyobrażałem sobie, jak wyglądałby pierścionek na dłoni Annabeth.
Piper
Blask porannego słońca opromieniał Wzgórze Herosów i grzał moje plecy, kiedy, stojąc na palcach oparta o sosnę Thalii, wyglądałam mojego narzeczonego, który miał wrócić z Kalifornii już dziś. Miałam mu do przekazania ważne wieści, a im dłużej musiałam je w sobie dusić, tym gorzej się czułam. Im gorzej się czułam, tym bardziej będę potrzebowała wyładowania. A na czym najlepiej się wyładowywać, jeśli nie na umięśnionym i twardym facecie, jakim był Jason?
Czekałam już od dobrej godziny. Westchnęłam i wyciągnęłam na bok dłoń, żeby światło zatańczyło w ciemnoróżowym krysztale, którym był ozdobiony mój pierścionek zaręczynowy. Jason oświadczył mi się podczas swojego ostatniego pobytu w Obozie Herosów.
-Wracaj tu, ty cholerny Supermanie od siedmiu boleści! - wydarłam się w przestrzeń.
-Przecież jestem - rozległ się drogi mi głos po mojej prawej.
Pisnęłam i odskoczyłam do tyłu, tracąc równowagę, jednak w porę złapały mnie silne ramiona i przytuliły.
-Na wszystkich bogów, Jason! Zawału bym przez ciebie dostała! Ty... - uciszył mnie pocałunkiem. O tak, nie widzieliśmy się od dawna. Miesiąc? Dwa? Westchnęłam, gdy się odsunął. - Jakim cudem się tu dostałeś? Monitoruję drogę od godziny.
-Zabrałem się cieniem razem z Nico. Jest w tym coraz lepszy. Ale ważniejsze od tego, jak się tu dostałem jest to, że tu w ogóle jestem. I bardzo stęskniłem się za swoją NA - RZE - CZO - NĄ!
Zaśmiałam się. Tak bardzo brakowało mi jego silnych ramion i czysto błękitnych oczu, patrzących zza szkieł okularów.
-Też tęskniłam za moim NA - RZE - CZO - NYM. A właśnie, a propos, powiedziałeś przyjaciołom w Obozie Jupiter?
-Tak - błysnął uśmiechem. - Myślałem, że Frank i Hazel mnie uduszą. Frank ze szczęścia, a Hazel, bo nie mogła przy tym być.
-A Reyna? - dociekałam. Byłam ciekawa reakcji kobiety, która była przez długi czas zakochana w moim narzeczonym.
-Była przeszczęśliwa. To znaczy, okazała to na tyle, na ile wypada pretorce w purpurowym płaszczu.
-To znaczy? - zmarszczyłam brwi.
-Zaczęła piszczeć jak nastolatka i klaskać w ręce.
Parsknęłam śmiechem na wyobrażenie Reyny skaczącej jak nastolatka z serialu i przytuliłam się do piersi Jasona, wdychając zapach ozonu, bardzo dla niego charakterystyczny.
-Cieszę się, Może w końcu sobie kogoś znajdzie - powiedziałam, a chłopak mruknął potakująco. - A Percy i Annabeth? Coś planują?
-Na razie dopiero skończyli studia. Gadałem o tym z Percy'm. On bardzo chętnie wziąłby ślub, ale Ann się nie spieszy. Twierdzi, że takie wiążące decyzje należy podejmować rozważnie i z dużym wyprzedzeniem. To go frustruje.
-Biedny Percy - westchnęłam.
-Ty i Annabeth jesteście jak rozważna i romantyczna - zaśmiał się.
-Bogowie, nie powtarzaj jej tego! - wykrzyknęłam z udawanym przerażeniem. Zaśmiał się, a ja stwierdziłam, że jest to dobry moment na przekazanie nowiny.
-Jason, mam dla ciebie wieści! - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Poczekaj, tylko przywitam się z resztą obozu. Wieści nie uciekną.
-Ale...
-No chodź! - on już zbiegał ze Wzgórza Herosów w stronę Wielkiego Domu. Westchnęłam i powlokłam się za nim.
Zbyt często zmieniał obozy. Raz był stały, czujny i zdyscyplinowany jak Rzymianin, innym razem zaś porywczy i nieprzewidywalny jak Grek. Męczyło mnie to i rozważałam użycie magicznego głosu, żeby go zatrzymać, ale prędko odrzuciłam tę myśl. Obiecałam sobie, że będę używać czaromowy tylko w razie konieczności.
Jason już czekał na werandzie Wielkiego Domu i zniecierpliwiony tupał nogą.
-Musiałaś zdrętwieć koło tego drzewa. Ruch ci nie zaszkodzi, królowo piękności - spostrzegł moją minę. - Hej... Co jest?
-Chciałam ci coś powiedzieć, ale nie dałeś mi dojść do słowa. Chciałabym...
-Ach! Jason! - zawołał Chejron zza moich pleców. Westchnęłam. - Witaj, chłopcze. Jak tam u naszych towarzyszy Rzymian? Postawiłeś jakieś świątynie?
-Tak, Chejronie i chyba zbliżam się do końca. Invidia, boginka zazdrości i Beatitudinem, bożek pozytywnego myślenia mają już swoje świątynie. Pozostają jeszcze domki dla nich...
Centaur westchnął, a ja go rozumiałam. Na terenie obozu już było mnóstwo nieukończonych domków. Większość herosów musiała porzucić swoje dotychczasowe zajęcia na rzecz pracy na budowie. Dzieci Ateny projektowały, dzieci Hefajstosa, Aresa, Hermesa i innych budowały, a dzieci Afrodyty ozdabiał tak, aby domek oddawał charakter odpowiedniego boga. Poza tym bogowie, wywiązawszy się z umowy, zaczęli uznawać swoje dzieci i mamy ogromny napływ nowych herosów. Przestają się mieścić w pawilonie jadalnym, nam brakuje satyrów dla nich wszystkich i każdy musi opiekować się nawet trójką czy czwórką herosów mieszkających we względnie niewielkim oddaleniu od siebie.
-Ale spokojnie, Beatitudinem nie ma za wiele dzieci. Inna sprawa z Invidią, no wiecie, zazdrość... Skacze od jednego faceta do drugiego. Jej trzeba będzie większy domek. No i...
-Ilu jeszcze bogów ci zostało? - przerwał Chejron. Jason zamilkł i zaczął liczyć w myślach.
-Parudziesięciu - odpowiedział w końcu. - Plus minus pięcioro.
-Czyli... Ile to ci jeszcze zajmie? - zapytałam, a on spojrzał na mnie z ochoczym uśmiechem.
-Jeśli przyspieszę i nie będę robił przerw, do dwóch lat.
To najwyraźniej była bardzo dobra wiadomość, mnie jednak nieszczególnie ucieszyła. Kiedy Jason się zarzekł przed bogami Olimpu, że postawi świątynie i domki wszystkim istniejącym bogom i boginiom wiedział, że zajmie mu to lata, ale on to robi już siedem lat. Jeszcze dwa? I to jeśli przyspieszy? Czyli ma mu to zająć dekadę? Nie mogłam wytrzymać faktu, że dziesięć lat życia miał strwonić na dbanie o cześć mało znaczących bożków.
-Bez przerw? - powtórzyłam tępo. - A gdybyś zrobił sobie... Czy ja wiem, dwa tygodnie urlopu?
Spojrzał na mnie w zdziwieniu.
-Dwa tygodnie? - zaczął liczyć w głowie. - Rany, Pipes, tutaj dwa dni to poważne opóźnienie, ale dwa tygodnie? To tak, jakbym miał zaczynać wszystko od początku. Na dwa tygodnie nie ma szans.
-Och... - mina mi zrzedła. Oczywiście, rozumiałam, ile to zadanie dla Jasona znaczy, ale czułam się zapomniana, odsunięta na drugi plan. - Bo wiesz... Chciałabym, żebyś poleciał ze mną na wakacje do Anglii, na dwa tygodnie właśnie, Ale, skoro mówisz...
Jego czuły uśmiech zbladł. Chejron wycofał się dyskretnie.
-Pipes, ja...
-Nie, nie... Spokojnie. Ja wiem, jakie ważne jest dla ciebie to zadanie. Pojadę sama albo z Annabeth... Czy kimś.
Wspięłam się na palce i sztywno pocałowałam mężczyznę w policzek po czym prędko się oddaliłam.
Nota:
Pierwszy rozdział, jehehej! :D Czy jestem z niego zadowolona? Cóż, nie jest zły (tak sądzę...), choć mógłby być lepszy. Sami osądźcie ;)
-Cieszę się, Może w końcu sobie kogoś znajdzie - powiedziałam, a chłopak mruknął potakująco. - A Percy i Annabeth? Coś planują?
-Na razie dopiero skończyli studia. Gadałem o tym z Percy'm. On bardzo chętnie wziąłby ślub, ale Ann się nie spieszy. Twierdzi, że takie wiążące decyzje należy podejmować rozważnie i z dużym wyprzedzeniem. To go frustruje.
-Biedny Percy - westchnęłam.
-Ty i Annabeth jesteście jak rozważna i romantyczna - zaśmiał się.
-Bogowie, nie powtarzaj jej tego! - wykrzyknęłam z udawanym przerażeniem. Zaśmiał się, a ja stwierdziłam, że jest to dobry moment na przekazanie nowiny.
-Jason, mam dla ciebie wieści! - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Poczekaj, tylko przywitam się z resztą obozu. Wieści nie uciekną.
-Ale...
-No chodź! - on już zbiegał ze Wzgórza Herosów w stronę Wielkiego Domu. Westchnęłam i powlokłam się za nim.
Zbyt często zmieniał obozy. Raz był stały, czujny i zdyscyplinowany jak Rzymianin, innym razem zaś porywczy i nieprzewidywalny jak Grek. Męczyło mnie to i rozważałam użycie magicznego głosu, żeby go zatrzymać, ale prędko odrzuciłam tę myśl. Obiecałam sobie, że będę używać czaromowy tylko w razie konieczności.
Jason już czekał na werandzie Wielkiego Domu i zniecierpliwiony tupał nogą.
-Musiałaś zdrętwieć koło tego drzewa. Ruch ci nie zaszkodzi, królowo piękności - spostrzegł moją minę. - Hej... Co jest?
-Chciałam ci coś powiedzieć, ale nie dałeś mi dojść do słowa. Chciałabym...
-Ach! Jason! - zawołał Chejron zza moich pleców. Westchnęłam. - Witaj, chłopcze. Jak tam u naszych towarzyszy Rzymian? Postawiłeś jakieś świątynie?
-Tak, Chejronie i chyba zbliżam się do końca. Invidia, boginka zazdrości i Beatitudinem, bożek pozytywnego myślenia mają już swoje świątynie. Pozostają jeszcze domki dla nich...
Centaur westchnął, a ja go rozumiałam. Na terenie obozu już było mnóstwo nieukończonych domków. Większość herosów musiała porzucić swoje dotychczasowe zajęcia na rzecz pracy na budowie. Dzieci Ateny projektowały, dzieci Hefajstosa, Aresa, Hermesa i innych budowały, a dzieci Afrodyty ozdabiał tak, aby domek oddawał charakter odpowiedniego boga. Poza tym bogowie, wywiązawszy się z umowy, zaczęli uznawać swoje dzieci i mamy ogromny napływ nowych herosów. Przestają się mieścić w pawilonie jadalnym, nam brakuje satyrów dla nich wszystkich i każdy musi opiekować się nawet trójką czy czwórką herosów mieszkających we względnie niewielkim oddaleniu od siebie.
-Ale spokojnie, Beatitudinem nie ma za wiele dzieci. Inna sprawa z Invidią, no wiecie, zazdrość... Skacze od jednego faceta do drugiego. Jej trzeba będzie większy domek. No i...
-Ilu jeszcze bogów ci zostało? - przerwał Chejron. Jason zamilkł i zaczął liczyć w myślach.
-Parudziesięciu - odpowiedział w końcu. - Plus minus pięcioro.
-Czyli... Ile to ci jeszcze zajmie? - zapytałam, a on spojrzał na mnie z ochoczym uśmiechem.
-Jeśli przyspieszę i nie będę robił przerw, do dwóch lat.
To najwyraźniej była bardzo dobra wiadomość, mnie jednak nieszczególnie ucieszyła. Kiedy Jason się zarzekł przed bogami Olimpu, że postawi świątynie i domki wszystkim istniejącym bogom i boginiom wiedział, że zajmie mu to lata, ale on to robi już siedem lat. Jeszcze dwa? I to jeśli przyspieszy? Czyli ma mu to zająć dekadę? Nie mogłam wytrzymać faktu, że dziesięć lat życia miał strwonić na dbanie o cześć mało znaczących bożków.
-Bez przerw? - powtórzyłam tępo. - A gdybyś zrobił sobie... Czy ja wiem, dwa tygodnie urlopu?
Spojrzał na mnie w zdziwieniu.
-Dwa tygodnie? - zaczął liczyć w głowie. - Rany, Pipes, tutaj dwa dni to poważne opóźnienie, ale dwa tygodnie? To tak, jakbym miał zaczynać wszystko od początku. Na dwa tygodnie nie ma szans.
-Och... - mina mi zrzedła. Oczywiście, rozumiałam, ile to zadanie dla Jasona znaczy, ale czułam się zapomniana, odsunięta na drugi plan. - Bo wiesz... Chciałabym, żebyś poleciał ze mną na wakacje do Anglii, na dwa tygodnie właśnie, Ale, skoro mówisz...
Jego czuły uśmiech zbladł. Chejron wycofał się dyskretnie.
-Pipes, ja...
-Nie, nie... Spokojnie. Ja wiem, jakie ważne jest dla ciebie to zadanie. Pojadę sama albo z Annabeth... Czy kimś.
Wspięłam się na palce i sztywno pocałowałam mężczyznę w policzek po czym prędko się oddaliłam.
Nota:
Pierwszy rozdział, jehehej! :D Czy jestem z niego zadowolona? Cóż, nie jest zły (tak sądzę...), choć mógłby być lepszy. Sami osądźcie ;)
Subskrybuj:
Posty (Atom)