poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Rozdział II: Sen, szepty i odrobina metalu podszytego zdradą


Annabeth

      
     Olimp. Sala konferencyjna bogów w pałacu Zeusa. Zajęte są trzy fotele, w których siedzieli Posejdon, Zeus i... moja mama?
-On to wkrótce zrobi, ojcze - mówiła. - Nie mogę mu na to pozwolić! To byłaby dla mnie i mojej córki hańba nie do zmycia.
-Ateno - westchnął zirytowany Posejdon. Dziwne. Zwykle to mama uspokajała wnerwionych bogów. -Myślisz, że mnie się ten pomysł podoba? Też nie zachwyca mnie fakt, że nasze dzieci... - wzdrygnął się. - Czy Percy nie udowodnił, że jest godny... TEGO, co zamierza zrobić? Błe, nawet nie umiem powiedzieć TEGO na głos.
     Wzdrygnęli się oboje.
-Nie! Może i udowodnił, ale powinno mu wystarczyć, że nie interweniowałam, kiedy poszli razem na studia i zamieszkali... razem. Jeśli chce...
-O, nie, moja droga! Mój syn absolutnie zasługuje na przyzwolenie. Poza tym...
-DOSYĆ! - ryknął Zeus, który już od początku trwania tej rozmowy masował sobie skroń, oparty o podłokietnik. Atena i Posejdon zamilkli.
-Wypowiedz się, bracie. Powiedz jej, że Percy...
-Powiedziałem DOSYĆ - spojrzał na brata wilkiem i zwrócił się do Ateny. - Perseusz uzyska zgodę.
-Ale... - chciała się spierać mama, ale ojciec uciszył ją gestem. - POD WARUNKIEM, że pokaże, że jest tego godzien.
-Ale... - to był z kolei Posejdon, jednak zrezygnował.
-Atena wyznaczy chłopakowi, tradycyjnie, dwanaście trudnych prac. Jeśli wykona je wszystkie, otrzyma oficjalne przyzwolenie I BŁOGOSŁAWIEŃSTWO od was obojga i wszystkich Olimpijczyków. Pasuje?
-Niech będzie, bracie - burknął Posejdon i wyciągnął rękę do Ateny. - A ty? Zgadzasz się?
     Bogini fuknęła z niezadowoleniem, ale i ona wyciągnęła dłoń.
-Dobrze. Jeśli Perseusz zakończy wszystkie dwanaście prac z powodzeniem, dam pozwolenie.
     Sen zaczął blednąć, a bogowie rozmywać.
-Zaraz! - zawołałam. - Pozwolenie na co? Jakie dwanaście prac!? Mamo!
     Poderwałam się na łóżku, a Percy odskoczył, zaniepokojony. Oddychałam ciężko i byłam spocona, pomimo rześkiego poranka.
     Odgarnęłam włosy z gorącego czoła i westchnęłam, patrząc na Percy'ego. Był wyraźnie zmartwiony, a mnie się zrobiło głupio, że go niepotrzebnie straszę. On zawsze okropnie się przejmował, kiedy działo mi się coś odbiegającego od normy, chociaż wiedział, że przeżyłam gorsze rzeczy niż zły sen.
     Usiadł przy mnie na łóżku i założył mi kosmyk, który oczywiście znów opadł, za ucho.
-Miałaś koszmar? - zmartwił się.
-Nie - pokręciłam głową, a on zmarszczył brwi. Zaśmiałam się, bo wyglądał słodko z rozczochranymi włosami i wyrazem niezrozumienia na twarzy. - W sensie nie taki zwykły koszmar. To był raczej jeden z tych herosowych snów.
-Powiesz mi, co w nim było? - zapytał poważnie. Rozumiał, że półbogowie nie zawsze chcą mówić o swoich proroczych snach. - Moglibyśmy razem próbować go zrozumieć.
     Chociaż przeważnie mu ulegałam, kiedy w prośbie używał słów ,,nas" i ,,razem" w odniesieniu do mnie i jego, jednak w tym wypadku pokręciłam głową.
-To nic ważnego. Był Olimp, i bogowie, kłócili się o coś, ale nawet już nie pamiętam.
     Popatrzył na mnie z powątpiewaniem. WIEDZIAŁ, że te dziwne sny są również bardzo wyraziste i przeważnie się je zapamiętuje. Usiłował drążyć dalej, ale, hej, on ma to ,,nas", które mnie rozbraja,
więc ja też mam swoje sposoby negocjacji z chłopakiem.
     Złapałam go za ramię, przyciągnęłam do siebie i pocałowałam. Kiedy się odsunęłam, miał uniesioną brew.
-Jeśli to był sposób, żeby mnie powstrzymać od drążenia tematu...
-Percy...
-To był nad wyraz skuteczny.
     Roześmiałam się, pochylając głowę. Matko, tylko on umiał mnie rozluźnić po takim niepokojącym śnie. I chyba nawet się nie starał, co najlepsze.
     Kiedy znowu na niego spojrzałam, patrzył na mnie w zamyśleniu. Zmarszczyłam brwi. Miałam nieświeży oddech? Pewnie o to chodziło. Po prostu WRESZCIE nabył na tyle taktu, który w niego wtłaczałam od pierwszych dni naszej znajomości, żeby o tym nie wspominać.
-Czemu się obudziłeś? - zapytałam, siadając po turecku naprzeciwko mężczyzny.
-Obudziłem się wcześniej, a ty zaczęłaś mamrotać, więc podszedłem. Strasznie byłaś rozgrzana, jak po półgodzinnym biegu. Na pewno nie chcesz o tym pogadać? - upewnił się. Wywróciłam oczami.
-Nie, Percy, nie chcę. Bogowie. Nie jesteś moim osobistym psychologiem.
-Cóż, jako twój chłopak powinienem się spełniać nie tylko jako ukochany. Również przyjaciel, psycholog, lekarz, niańka, piesek i worek treningowy.
     Bogowie, był doskonały. Tylko lepiej, żebym mu o tym nie mówiła. Dość mu samozadowolenia.
-Skup się lepiej, Burek. Jesteś też absolwentem. Zaraz, która godzina!? - skojarzyłam sobie. Dzisiaj oficjalne zakończenie studiów! Rozpoczęcie uroczystości o dziesiątej, a ja musiałam się przygotować. I pomóc Percy'emu się wplątać w granatową rzymską togę.
-Siódma. Masz trzy godziny na układanie włosków, Mądralo.
-Przypominam, że jedną trzecią tego czasu poświęciłbyś na założenie togi, gdybym ci nie pomagała.
-No już, nie płacz - pocałował mnie w czubek nosa i wstał, jednocześnie zdejmować koszulkę od piżamy. Schowałam twarz w kołdrze. Kiedy uniosłam wzrok, puścił mi oko, zaśmiał się i wszedł do łazienki.
     Parsknęłam i opadłam na poduszki, czekając, aż wyjdzie i starając się przeobrazić rozbawienie w rozdrażnienie.

Hazel

     Otworzyłam oczy, wciągając gwałtownie powietrze. Zamrugałam prędko i podniosłam głowę z poduszki, rozglądając się. Było cicho. 
     Spokojnie, to pewnie tylko wiatr, powiedziałam sobie. Sama jednak w to nie wierzyłam. Czy nie tak ludzie tłumaczą sobie wszelkie niepokojące zjawiska? A przecież byłam pewna, że słyszałam czyjś szept. Słyszenie głosów bez powodu nie było dobrym znakiem, nawet dla dzieci Plutona. Zwłaszcza dla nas! Szepty przeważnie oznaczały sprawy Podziemia, czyli nic dobrego. 
     Usiadłam, przeczesując włosy i wzdychając. 
I tak już nie zasnę, więc równie dobrze mogę iść na spacer, stwierdziłam, wsuwając nogi w trampki. Wstałam i spojrzałam na drugą stronę łóżka, gdzie spał Frank, oddychając głęboko. Uśmiechnęłam się. Patrzenie na niego zawsze mnie uspokajało, jakkolwiek zaniepokojona byłam. 
     I tym razem, widząc jego spokojną twarz, jego pierś unoszącą się miarowo, poczułam się lepiej. Wyszłam z naszego domku w Nowym Rzymie już w lepszym nastroju. Spacer uliczkami podczas rześkiego poranka oczyścił moje myśli i uspokoił skołatane serce. Tam, na zewnątrz, kiedy odwracałam twarz do wschodzącego słońca, myśli o szeptach wydawały mi się irracjonalne. No, bardziej, niż fakt, że jestem półboginią. Do tego już przywykłam.
-Czy to nie dziwne, że z czasem przyzwyczajamy się do największych niezwykłości, jeśli wystarczająco długo mamy z nimi styczność?
-No, nie wiem - powiedział Frank, otaczając mnie ramionami. - Ja tam jeszcze nie do końca przyswoiłem, że jesteś ze mną. 
     Zaśmiałam się, opierając o pierś mężczyzny. Był ode mnie znacznie wyższy, co mnie nieszczególnie zrażało, bo był jednocześnie łagodny i słodki.
-Głupolu, jesteśmy razem od siedmiu lat. Radzę sobie uświadomić to i owo. 
     Pocałował mnie w czubek głowy i schował twarz w moich włosach.
-Dlaczego wyszłaś? - zapytał ostrożnie, gotowy w każdej chwili się wycofać, gdyby pytanie mogło okazać się dla mnie w pewien sposób niewygodne.
     Było niewygodne, ale on zawsze wpadał w zły humor, jeśli jakoś mnie zawstydził lub zirytował. Więc mu opowiedziałam o dziwnych szeptach i złym przeczuciu, którego doświadczyłam.
-Wiesz, czego dotyczyło? - przerwał mi, co do niego niepodobne. NIGDY mi nie przerywał, a to oznaczało, że naprawdę się zaniepokoił.
     Pokręciłam głową, wzdychając. Przeczucia były niejednoznaczne. Wiedziałam, że wydarzy się niedługo coś ważnego i niekoniecznie dobrego. Związanego z Podziemiem. Tak przynajmniej sądziłam, bo nigdy nie miałam przeczuć, które nie miałoby z nim nic wspólnego. To by zresztą nie miało sensu.
-A kiedy mają się ziścić te przeczucia? To wiesz?
-Niestety. Wszystko zależy od wszystkiego. Nie da się przewidzieć przyszłości, bo może się zmienić w każdej chwili.
-Czyli co nam pozostaje? - zapytał, gładząc mój policzek.
     Spojrzałam na niego poważnie.
-Czekać.

Jason

     Piper chyba była zła. Nie mogłem jej obwiniać - faktycznie, nie poświęcałem jej ostatnio zbyt wiele czasu, ale musiała zrozumieć, że to już prawie koniec, a do Anglii możemy polecieć w ramach podróży poślubnej. Cholera, jej ojciec z radością ufunduje nam także podróż przedślubną! 
     Po ,,rozmowie" z kobietą nie mogłem zapomnieć o obowiązkach, więc udałem się do dzieci Ateny odpowiedzialnych za projektowanie domków i powiedziałem i Invidii i Beatitudinemie oraz konieczności domków dla nich. Beatitudinem może by wybaczył brak domku, jednak od boginki nie można tego oczekiwać. 
      Nasi architekci nie zareagowali szczególnie entuzjastycznie na wieść o nowej pracy. Prawda, z początku cieszyli się na taką ilość projektów, jednak i ich zaczęło to w końcu nużyć. Brakowało wśród nich Annabeth. 
     Po dostarczeniu nowej porcji roboty architektom udałem się odwiedzić Nico, który zarządzał budową pod moją nieobecność. Jako Mroczny Pan Inżynier, jak go tytułowali po cichu obozowicze, miał posłuch wśród poddanych. Ciekawe, dlaczego, prawda?
     Stał pośrodku przyszłego domku Higiei z czarnymi słuchawkami na uszach i wydawał polecenia, kiwając głową do rytmu, który słyszał tylko on. 
     Podszedłem do syna Hadesa i zrobiło mi się zimno. Ups, zły humor? Lepiej do niego wtedy nie podchodzić, ale jeśli był zdolny pracować, to nie mogło być tak źle. Pewnie po prostu drażniło go to czyste, błękitne niebo i ciepły blask słońca. Tak, to pewnie to.
     Słyszałem już muzykę z jego słuchawek. Ostry metal. Jak zwykle. Położyłem mu dłoń na ramieniu, przywołując na twarz przyjazny, ale ostrożny uśmiech. 
     Odwrócił się nagle, jakby gotowy do walki, z pociemniałymi oczami i dłońmi rozłożonymi po bokach, jak zawsze robił, gdy szykował się do wysłania na wroga wali umarlaków spod ziemi. Był gotowy rozwalić własną budowę na rzecz samotności? Czy to odruch? Chyba NAPRAWDĘ było źle. 
-Hej, Nico. Zamierzasz otworzyć mi ziemię pod stopami? - zapytałem pół żartem, pół serio. Byłby do tego zdolny. 
-Może - burknął, ale opuścił ramiona i ponownie odwrócił się tyłem. - CO  TY ROBISZ Z TYMI CEGŁAMI!? CHOLERA, NIE WIESZ, JAK SIĘ MURUJE ŚCIANY!? CO TY TU W OGÓLE ROBISZ!?
        Podskoczyłem, patrząc na niego w osłupieniu. Widziałem kiedyś, jak nadzoruje budowę i podnosił głos tylko dlatego, że było to konieczne, by herosi go słyszeli. Polecenia indywidualne udzielał, podchodząc najpierw do delikwenta i mówiąc cicho, wyraźnie i zimno. NIGDY się nie wydzierał. O, tak, było źle.
-Nico, zrób sobie przerwę - powiedziałem spokojnie. 
-Co? - spojrzał na mnie ze zmarszczonymi brwiami. - Nie trzeba. Czuję się dobrze - wycedził i ponownie odwrócił się tyłem. 
     Zdjąłem mu słuchawki, przez co zasłużyłem sobie na wściekłe spojrzenie. Wyjątkowo się nie obawiałem. Troska o mojego, praktycznie rzecz biorąc, kuzynka, była ważniejsza niż głupi lęk przed jego mroczną mocą. 
-Powiedz, o co chodzi - zażądałem, mając nadzieję, że zabrzmiało to jak rozkaz, nie prośba. 
     Syn Hadesa zacisnął usta, rozglądając się po budowie. Po chwili znowu spojrzał na mnie i westchnął wściekle przez nos.
-Nie tutaj. Za dużo świadków. 
     Zanim zdążyłem powiedzieć cokolwiek, zatopił się w cień ściany po naszej lewej,  a gdy się rozejrzałem stał przy pawilonie jadalnym parędziesiąt metrów dalej. Westchnąłem i pobiegłem truchtem w jego stronę.
-Okej. Teraz powiedz o co chodzi.
      Kiedy uniósł opuszczoną głowę, ze zdziwieniem zauważyłem w jego oczach łzy. Zatkało mnie. To się nie zdarzało. Nico di Angelo wiele wycierpiał w życiu, ale nauczył się cierpieć w milczeniu. Nico di Angelo jest twardy i zimny. Nico di Angelo nie płacze. 
     W każdym razie nie ten, którego ja znałem. Bo ten, który stał przede mną usiłował powstrzymywać łzy. 
-Ej... Co się stało? 
-Will i ja... zerwał ze mną - powiedział nadspodziewanie beznamiętnie. 
-Czemu? - zdziwiłem się. Poza tym, że homoseksualną, byli całkiem normalną parą. I nawet byli szczęśliwi. Nico odrobinę się otworzył przy synu Apollina.
-Zakochał się - następne słowa wycedził, jakby to była choroba. - W... dziewczynie. 
-Której? - dopytywałem. 
-Nawet ją nie do końca znam. Rosa Michaels, córka Demeter. Rudoblond włosy, jedno oko niebieskie, drugie zielone. Niska, szczupła. Uwielbia róże. Brzoskwiniowe. Tego samego dnia, kiedy Will... skończył z nami, poszedł do niej i dał jej cały bukiet takich. 
-I chciała z nim być? - wyraziłem zdziwienie. - Pomimo, że chodził z... no, chłopakiem. 
-Powiedziała, że zawsze jej się podobał. Od razu się zgodziła.
      Spłynęły dwie łzy. Nie więcej. Zacisnął zęby i oparł się o kolumnę pawilonu, patrząc na mnie spode łba. Parsknął niewesołym śmiechem. 
-Nie jest mi przeznaczone być szczęśliwym, nie?
      Chciałem zaprotestować, ale słowa ugrzęzły w gardle. Nico tyle przeżył. Stracił matkę, potem siostrę, zakochał się w Percy'm, sam przeszedł cały Tartar, poprowadził nas przez Dom Hadesa, podróżował cieniem z dziesięciometrowym pomnikiem, wyniosłą Rzymianką i satyrem, któremu przestał działać instynkt samozachowawczy. W końcu, po pokonaniu Gai wydawało mu się, że to już koniec, znalazł swoje miejsce. Ale wtedy Will od niego odszedł. Znałem Rosę, była sympatyczna, dzielna i miła, ale teraz wydała mi się sztuczna i pusta. Jakby zgodziła się na związek z Willem tylko, żeby zranić Nico. Irracjonalne? Tak. Pochopne? Absolutnie. Płytkie? Nawet bardzo!
     Ale takie były moje wrażenia. 
-A może tak... Szukasz szczęścia nie tam, gdzie trzeba? - rzuciłem nieśmiało, na co spiorunował mnie wzrokiem.
-Widziałem je tylko w Willu. Teraz nie widzę go wcale - powiedział chłodno  i znowu wtopił się w cień, ale nie pojawił się na placu budowy ani nigdzie indziej, gdzie sięgał mój wzrok. 
    Zniknął. 

Nota:
Rozdział dłuższy niż poprzedni i podejrzewam, że odrobinę ciekawszy. Zresztą, wyraźcie swoje zdanie w komentarzach. Dla tych, którzy nie mają konta na bloggerze pozostaje wybranie opcji ,,anonim". Możecie też pisać w komentarzach, o czym chcielibyście (o ile, oczywiście, ktokolwiek ten blog odwiedza) przeczytać w następnych rozdziałach czy Epizodach. 
Następny rozdział, przy sprzyjającej wenie, za parę dni, najpóźniej tydzień. Na początku zawsze jest z górki ;)

piątek, 21 sierpnia 2015

Rozdział I: Ważne decyzje

Percy

    Koniec czerwca. Annabeth i ja siedzieliśmy przed naszą ulubioną kafejką i patrzeliśmy na Nowy Rzym, który był naszym domem przez ostatnie lata. Studia tutaj bardzo nas do siebie zbliżyły pomimo, że większość zajęć mieliśmy osobno. Zresztą i tak mieszkaliśmy razem, chociaż nawet tam głównie się uczyliśmy. To jej wina! Ja miałem ciekawsze pomysły na spędzanie czasu na osobności, ale ona się upierała, że "najpierw nauka, potem przyjemności". Tylko, cholera, Annabeth uczyła się ciągle! 
    Zmarszczyłem nos, myśląc o tym, na co dziewczyna spojrzała na mnie z uśmiechem.
-Co jest, Glonomóżdżku? Będziesz tęsknił za studiami? - trąciła mnie, wyciągając rękę nad stolikiem. 
-Raczej ty, Mądralo - popukałem palcem w wierzch jej dłoni. - Już widzę, jak będę cię musiał tulić, podczas gdy ty będziesz zalewała się łzami nad utraconymi godzinami na uczelni, które już nie powrócą.
-Uważaj, bo uwierzę, że tobie niczego nie będzie brakować. Na przykład, tej kafejki.
-Terminusa - dorzuciłem.
-Sobotnich odwiedzin Reyny - uśmiechnęła się. 
-Profesora McTent'a - westchnąłem, na wspomnienie grubego faceta o sumiastych wąsach, który przesadnie wymawiał ,,m", przez co studenci tytułowali go MamaTent.
    Zaśmialiśmy się. Spojrzałem na dziewczynę. Nigdy nie przyzwyczaję się do jej urody. To niemożliwe przy złotych lokach rozpuszczonych na ramiona, opalonej na ładny, jasnobrązowy kolor skórze i pięknych, burzowo szarych oczach, które niegdyś mnie co prawda peszyły, ale w końcu oczarowały i rozkochały. Nie, żebym kochał Annabeth ze względu na oczy. Była nie tylko piękna, ale też odważna. NAPRAWDĘ odważna. I bardzo, bardzo, bardzo, BARDZO mądra. Czasami aż przemądrzała. I urocza, zwłaszcza, kiedy mówiła o architekturze. Kiedyś mnie to bardzo wkurzało, co prawda. Teraz rozczulało i budziło wspomnienia.
    A ja NAPRAWDĘ powinienem się leczyć.
-Będę tęsknić za tym miejscem - powiedziała i spojrzała na mnie.
-Ja też - westchnąłem i wyciągnąłem rękę przez stół żeby spleść nasze palce. - Ale spójrz na to inaczej. Teraz, kiedy jesteśmy już właściwie absolwentami, będziemy mieć więcej czasu na czynności, które uniemożliwiała nam nauka.
    Uśmiechnęła się szeroko.
-Chyba pogodzę się z końcem studiów.
    Parsknąłem śmiechem i pochyliliśmy się nad stolikiem żeby się  pocałować.
-Chyba nie przeszkadzam?  - usłyszałem wesoły głos. Oderwaliśmy się od siebie. Kiedy zobaczyliśmy, kto nam przeszkadza, skinąłem głową z udawaną powagą.
-Pretorko Reyno Avila Ramirez - Arellano.
    Odpowiedziała takim samym gestem.
-Były pretorze Perseuszu Jacksonie - skinęła w stronę Annabeth. - I absolwentko Annabeth Chase - Jackson.
    Annabeth zarumieniła się wdzięcznie, a ja zaczerwieniłem się jak burak. Reyna uniosła brwi.
-Nie mówcie, że niczego nie planujecie.
-To duży krok, Reyno, wart zastanowienia, a większość naszego czasu zajmowała nauka. Nie było kiedy myśleć o przyszłości - wyjaśniła córka Ateny.
     Reyna parsknęła i zbliżyła się do naszego stolika.
-To teraz wy mnie posłuchajcie. Wy... Jesteście chyba najbardziej zakochaną w sobie parą, jaką znam. A znam Jasona, Piper, Hazel, Franka i całe mnóstwo innych. I wy twierdzicie, że to ,,warte zastanowienia"? Mówię to ja, córka bogini wojny.
-Ona tak twierdzi, mnie w to nie mieszaj - uniosłem ręce w obronnym geście, na co Ann zmroziła mnie wzrokiem.
-Zastanowimy się, Rey. Nie dosiądziesz się? - wskazała na krzesło przy sąsiednim stoliku.
-Nie, dziękuję wam. Wpadłam tylko na chwilę, zaraz muszę wracać do obozu. No wiecie, pretor i tak dalej. Mam swoje obowiązki - westchnęła. - Ale wy się nie krępujcie.
     Odeszła, powiewając za sobą ciemnym warkoczem i purpurowym płaszczem, ale pomysł zostawiła. Już do końca dnia wyobrażałem sobie, jak wyglądałby pierścionek na dłoni Annabeth.

Piper

    Blask porannego słońca opromieniał Wzgórze Herosów i grzał moje plecy, kiedy, stojąc na palcach oparta o sosnę Thalii, wyglądałam mojego narzeczonego, który miał wrócić z Kalifornii już dziś. Miałam mu do przekazania ważne wieści, a im dłużej musiałam je w sobie dusić, tym gorzej się czułam. Im gorzej się czułam, tym bardziej będę potrzebowała wyładowania. A na czym najlepiej się wyładowywać, jeśli nie na umięśnionym i twardym facecie, jakim był Jason?
    Czekałam już od dobrej godziny. Westchnęłam i wyciągnęłam na bok dłoń, żeby światło zatańczyło w ciemnoróżowym krysztale, którym był ozdobiony mój pierścionek zaręczynowy. Jason oświadczył mi się podczas swojego ostatniego pobytu w Obozie Herosów. 
-Wracaj tu, ty cholerny Supermanie od siedmiu boleści! - wydarłam się w przestrzeń.
-Przecież jestem - rozległ się drogi mi głos po mojej prawej.
    Pisnęłam i odskoczyłam do tyłu, tracąc równowagę, jednak w porę złapały mnie silne ramiona i przytuliły. 
-Na wszystkich bogów, Jason! Zawału bym przez ciebie dostała! Ty... - uciszył mnie pocałunkiem. O tak, nie widzieliśmy się od dawna. Miesiąc? Dwa? Westchnęłam, gdy się odsunął. - Jakim cudem się tu dostałeś? Monitoruję drogę od godziny.
-Zabrałem się cieniem razem z Nico. Jest w tym coraz lepszy. Ale ważniejsze od tego, jak się tu dostałem jest to, że tu w ogóle jestem. I bardzo stęskniłem się za swoją NA - RZE - CZO - NĄ! 
    Zaśmiałam się. Tak bardzo brakowało mi jego silnych ramion i czysto błękitnych oczu, patrzących zza szkieł okularów. 
-Też tęskniłam za moim NA - RZE - CZO - NYM. A właśnie, a propos, powiedziałeś przyjaciołom w Obozie Jupiter? 
-Tak - błysnął uśmiechem. - Myślałem, że Frank i Hazel mnie uduszą. Frank ze szczęścia, a Hazel, bo nie mogła przy tym być. 
-A Reyna? - dociekałam. Byłam ciekawa reakcji kobiety, która była przez długi czas zakochana w moim narzeczonym.
-Była przeszczęśliwa. To znaczy, okazała to na tyle, na ile wypada pretorce w purpurowym płaszczu.
-To znaczy? - zmarszczyłam brwi.
-Zaczęła piszczeć jak nastolatka i klaskać w ręce.
    Parsknęłam śmiechem na wyobrażenie Reyny skaczącej jak nastolatka z serialu i przytuliłam się do piersi Jasona, wdychając zapach ozonu, bardzo dla niego charakterystyczny.
-Cieszę się, Może w końcu sobie kogoś znajdzie - powiedziałam, a chłopak mruknął potakująco. - A Percy i Annabeth? Coś planują?
-Na razie dopiero skończyli studia. Gadałem o tym z Percy'm. On bardzo chętnie wziąłby ślub, ale Ann się nie spieszy. Twierdzi, że takie wiążące decyzje należy podejmować rozważnie i z dużym wyprzedzeniem. To go frustruje.
-Biedny Percy - westchnęłam.
-Ty i Annabeth jesteście jak rozważna i romantyczna - zaśmiał się.
-Bogowie, nie powtarzaj jej tego! - wykrzyknęłam z udawanym przerażeniem. Zaśmiał się, a ja stwierdziłam, że jest to dobry moment na przekazanie nowiny.
-Jason, mam dla ciebie wieści! - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Poczekaj, tylko przywitam się z resztą obozu. Wieści nie uciekną.
-Ale...
-No chodź! - on już zbiegał ze Wzgórza Herosów w stronę Wielkiego Domu. Westchnęłam i powlokłam się za nim.
     Zbyt często zmieniał obozy. Raz był stały, czujny i zdyscyplinowany jak Rzymianin, innym razem zaś porywczy i nieprzewidywalny jak Grek. Męczyło mnie to i rozważałam użycie magicznego głosu, żeby go zatrzymać, ale prędko odrzuciłam tę myśl. Obiecałam sobie, że będę używać czaromowy tylko w razie konieczności.
     Jason już czekał na werandzie Wielkiego Domu i zniecierpliwiony tupał nogą.
-Musiałaś zdrętwieć koło tego drzewa. Ruch ci nie zaszkodzi, królowo piękności - spostrzegł moją minę. - Hej... Co jest?
-Chciałam ci coś powiedzieć, ale nie dałeś mi dojść do słowa. Chciałabym...
-Ach! Jason! - zawołał Chejron zza moich pleców. Westchnęłam. - Witaj, chłopcze. Jak tam u naszych towarzyszy Rzymian? Postawiłeś jakieś świątynie?
-Tak, Chejronie i chyba zbliżam się do końca. Invidia, boginka zazdrości i Beatitudinem, bożek pozytywnego myślenia mają już swoje świątynie. Pozostają jeszcze domki dla nich...
     Centaur westchnął, a ja go rozumiałam. Na terenie obozu już było mnóstwo nieukończonych domków. Większość herosów musiała porzucić swoje dotychczasowe zajęcia na rzecz pracy na budowie. Dzieci Ateny projektowały, dzieci Hefajstosa, Aresa, Hermesa i innych budowały, a dzieci Afrodyty ozdabiał tak, aby domek oddawał charakter odpowiedniego boga. Poza tym bogowie, wywiązawszy się z umowy, zaczęli uznawać swoje dzieci i mamy ogromny napływ nowych herosów. Przestają się mieścić w pawilonie jadalnym, nam brakuje satyrów dla nich wszystkich i każdy musi opiekować się nawet trójką czy czwórką herosów mieszkających we względnie niewielkim oddaleniu od siebie.
-Ale spokojnie, Beatitudinem nie ma za wiele dzieci. Inna sprawa z Invidią, no wiecie, zazdrość... Skacze od jednego faceta do drugiego. Jej trzeba będzie większy domek. No i...
-Ilu jeszcze bogów ci zostało? - przerwał Chejron. Jason zamilkł i zaczął liczyć w myślach.
-Parudziesięciu - odpowiedział w końcu. - Plus minus pięcioro.
-Czyli... Ile to ci jeszcze zajmie? - zapytałam, a on spojrzał na mnie z ochoczym uśmiechem.
-Jeśli przyspieszę i nie będę robił przerw, do dwóch lat.
     To najwyraźniej była bardzo dobra wiadomość, mnie jednak nieszczególnie ucieszyła. Kiedy Jason się zarzekł przed bogami Olimpu, że postawi świątynie i domki wszystkim istniejącym bogom i boginiom wiedział, że zajmie mu to lata, ale on to robi już siedem lat. Jeszcze dwa? I to jeśli przyspieszy? Czyli ma mu to zająć dekadę? Nie mogłam wytrzymać faktu, że dziesięć lat życia miał strwonić na dbanie o cześć mało znaczących bożków.
-Bez przerw? - powtórzyłam tępo. - A gdybyś zrobił sobie... Czy ja wiem, dwa tygodnie urlopu?
     Spojrzał na mnie w zdziwieniu.
-Dwa tygodnie? - zaczął liczyć w głowie. - Rany, Pipes, tutaj dwa dni to poważne opóźnienie, ale dwa tygodnie? To tak, jakbym miał zaczynać wszystko od początku. Na dwa tygodnie nie ma szans.
-Och... - mina mi zrzedła. Oczywiście, rozumiałam, ile to zadanie dla Jasona znaczy, ale czułam się zapomniana, odsunięta na drugi plan. - Bo wiesz... Chciałabym, żebyś poleciał ze mną na wakacje do Anglii, na dwa tygodnie właśnie, Ale, skoro mówisz...
      Jego czuły uśmiech zbladł. Chejron wycofał się dyskretnie.
-Pipes, ja...
-Nie, nie... Spokojnie. Ja wiem, jakie ważne jest dla ciebie to zadanie. Pojadę sama albo z Annabeth... Czy kimś.
     Wspięłam się na palce i sztywno pocałowałam mężczyznę w policzek po czym prędko się oddaliłam.



Nota:
Pierwszy rozdział, jehehej! :D Czy jestem z niego zadowolona? Cóż, nie jest zły (tak sądzę...), choć mógłby być lepszy. Sami osądźcie ;)