środa, 30 września 2015

Epizod: Hunt the Hood: BRAĆ KONDORA!

     Kocham to uczucie swobody, wiatru we włosach i totalnej wolności. Przeskoczyłam krzaki i wylądowałam na polanie, na której obozowałyśmy razem z innymi Łowczyniami.
Wieczna młodość jest spoko, pomyślałam, wbiegając miedzy namioty i hamując. Już na zawsze zachowam sprawność szesnastolatki.
     Odwróciłam się i spojrzałam na Łowczynie dopiero wybiegające z lasu. Byłam z nich najszybsza, bo jednak, choć nie umiałam latać jak Jason, to potrafiłam panować nad wiatrem na tyle, by mniej się męczyć przy długim sprincie. Uśmiechnęłam się. Kochałam te dziewczyny, ale bolało mnie, że moi przyjaciele z Obozu Herosów... Już widziałam, jak dorastają, dobierają się w pary, planują przyszłość. Nie, żebym chciała chłopaka, ale... normalne życie to coś cool.
- O - em - gie, to było zaczepiste! - zapiszczała zdyszana Roxi. Nasz nowy nabytek. Szkoda, że jako porucznik muszę być bezstronna, bo najchętniej zadałabym jej dodatkowe prace. - Czekajcie, wrzucę selfie na fejsa...
     Sięgnęła do kieszeni po telefon, którego nie miała, a jej mina zrzedła, kiedy uświadomiła sobie tragiczny brak. Wstępując do nas, zbagatelizowała nasze ostrzeżenia o zakazie elektronicznych urządzeń. Chyba nawet nie wiedziała, że telefon się do nich zalicza. To smutne.
- Zresztą nieważne - bąknęła i szybkim krokiem udała się do swojego namiotu, przy akompaniamencie ściszonych chichotów Łowczyń.
      Mnie także rozbawiła sytuacja, ale jako porucznik musiałam dawać dobry przykład.
- Ejże, moje panie. Jest nowa, jeszcze przywiązana do dawnego życia. Trzeba jej wybaczyć.
      Dziewczyny spuściły wzrok i splotły dłonie przed sobą. Miały do mnie szacunek, zwłaszcza, gdy je beształam. Wiedziały o mojej zdolności przywoływania piorunów i nie chciały być do odstrzału.
- Wybacz, Thalio.
- Nie przepraszajcie mnie, tylko Roxi - odpowiedziałam łagodnie. - Idę do siebie, a wy z nią pogadajcie. Biedna, była uzależniona od telefonu.
      Poszłam do swojego prywatnego namiotu, gdzie z ulgą zrzuciłam strój bojowy. Tak, może było to nierozsądne - Łowczyni musi być zawsze gotowa - ale byłam już taka zmęczona, a nic nie wskazywało by dzisiaj miało się coś wydarzyć
       Bogowie, jakże się myliłam.
      Odpoczęłam raptem godzinkę, kiedy Ida rozchyliła wejście do mojego namiotu i zawołała:
- Ktoś idzie, Thalio.
- Wiadomo, kto?
- Chłopiec - zmarszczyła się. Jedna z najzagorzalszych feministek w gronie Łowczyń. - Biegnie i drze się, że chce z tobą porozmawiać. Nie wiem, jak znalazł nasze obozowisko.
- Może być z Obozu Herosów - ożywiłam się i zaczęłam zakładać kurtkę. - Obiecaliśmy im zawsze pomagać. Porozmawiam z nim.
       Wyszłam z namiotu z łukiem w gotowości. Łowczynie już utworzyły szyk obronny wokół mnie. No tak, pod nieobecność Artemidy jestem najważniejszą osobą.
- THALIA! - wydarł się chudy chłopak i wbiegł na polanę. Wyhamował, widząc kilkadziesiąt wkurzonych, uzbrojonych i nienawidzących mężczyzn dziewczyn na swojej drodze.
      Wyszukał mnie wzrokiem wśród tłumu, a mnie zajęło chwilę, zanim go rozpoznałam. Connor Hood. Albo Travis.
- Puśćcie go - powiedziałam do Natalie i Kellie, łapiących chłopaka za ramiona. - Znam go.
       Wypuściły półboga, ale nadal trzymały się blisko niego. Pozostałe Łowczynie rozdzieliły się na dwa, robiąc mu przejście do mnie.
- O co chodzi, Connor? Travis. Jeden z nich - zapytałam.
- O Connora - wydyszał chłopak. - Nie wiem, co się z nim stało. Po prostu, kiedy się obudziłem jego nie było w łóżku, a kiedy wyszedłem z domku go szukać, biegał po pawilonie jadalnym w figach i staniku Elisy Krueger i krzyczał "uu - uu!". I gdyby nie to, że to takie straszne, umarłbym ze śmiechu. Kiedy chciałem go złapać, uciekł na czworakach do lasu. Ale zmienił repertuar, bo zaczął krzyczeć "nenenenenene".
      Kilka Łowczyń zaśmiało się po cichu, ale zaraz odzyskały fason. I ja pozwoliłam sobie na jedno parsknięcie.
- Ale dlaczego przyszedłeś tutaj, zamiast, na przykład, dogonić brata na pegazie albo strzelić w niego środkiem usypiającym?
- Próbowałem, ale ta damska bielizna musi mieć jakieś mroczne moce. Jest pierońsko szybki.
      Chichoty się wzmogły. Zakaszlałam, by ukryć śmiech. Biedny Travis, taki przywiązany do brata, mógłby odebrać to nie tak, jak powinien.
- Ale skąd wiedziałeś, że tu jesteśmy? - zadała zasadnicze pytanie jedna z najstarszych Łowczyń w gronie.
- Ja... - bliźniak się zarumienił. - Grover mi powiedział. Wyczuł was w pobliżu.
      Kiwnęłam głową.
- Pomożemy ci wytropić brata. Pamiętasz, w którą stronę pobiegł?
      Travis pokiwał głową i wskazał na wschód.
- Dziękuję - powiedział, a ja słyszałam, że mówi szczerze. Ten pajac, mimo wesołego usposobienia, naprawdę kocha brata i martwi się o niego, chociaż sytuacja jest naprawdę komiczna.
      Kiwnęłam głową i zwróciłam się do dziewczyn:
- Łowczynie, nowa misja! Wezwać wilczyce, mają wytropić i ewentualnie powalić, ale nie robiąc krzywdy, Connor'a Hood'a
       Sześćdziesiąt dziewcząt zasalutowało i się rozbiegło. I ja popędziłam po pociski ze środkiem usypiającym. Nie chcemy zastrzelić Connora i powiesić sobie jego głowy na ścianie. Chociaż to by było super.


     Znalezienie bliźniaka nie było takie trudne. Zajęło nam to ledwie piętnaście minut - Hood robił fikołki nad strumieniem i wył "tarara tarara tarara!". Kiedy nas zobaczył, zawołał "niaaaa!"i na czworakach pogalopował w gąszcz.
- Złapać go! - zawołałam i sama pobiegłam. I to wspaniałe uczucie wspólnoty, kiedy ty i twoje przyjaciółki gonicie po lesie oszalałego syna Hermesa w damskiej bieliźnie. Czujesz ich bliskość i wsparcie.
      Travis miał jednak rację, Connora nie dosięgały żadne pociski usypiające, wymykał się nawet wilkom. Jak to możliwe, że człowiek na czworakach potrafi przegonić te piękne stworzenia? NIE WIEM.
       Wobec braku innych możliwości, wzniosłam modlitwę do Artemidy.
Artemido, moja pani. Proszę, pomóż nam upolować tegoż półboga.
       Artemida jest moją ulubioną boginią między innymi dlatego, że prawie zawsze odpowiada na modlitwy. Chłopak gnający przed nami nagle zahamował, wygiął plecy w łuk i zawył. Jego brat wrzasnął, przerażony i już po chwili te pięćdziesiąt metrów od nas stał kondor w staniku i figach.
-Nar, nar, nar, nar! - zagdakał. - Naaaaaar!
- Tak! - zawołałam ucieszona. - Dzięki, Artemido. BRAĆ KONDORA!
       Dziewczyny wydały okrzyk bojowy i popędziły. Ptaka, o dziwo, pochwyciła Roxi i podeszła do mnie wśród wiwatujących Łowczyń z kondorem Connorem w ramionach.
- Stary! - ucieszył się Travis i przytulił do siebie obleśny łeb ptaka. - Już nigdy więcej staników!
- Nar, nar? - zainteresował się kondor Connor.
       Ida zmarszczyła nosek.
- Typowy facet. Nawet jako ptak myśli tylko o jednym.
       Roześmiałam się i zadarłam głowę:
- Dzięki ci, pani Artemido! Prosimy, aby już pani odmieniła kondora Connora. Po tym, jak go zwiążemy.
      Związałyśmy ptakowi nogi, skrzydła, i, na wszelki wypadek, dziób. Kiedy skończyłyśmy, przez las przebiegł wiatr, a pod u naszych stóp leżała kopia Travisa, tylko związana, zakneblowana i odziana w damską bieliznę.
- Rany, szkoda, że nie mam telefonu - jęknęła Roxi. Uciszyły ją, ale zaiste, szkoda, że nie mogłyśmy tego udokumentować. Oto miażdżąca wygrana kobiet nad mężczyznami, oto, u naszych stóp, leży związany chłopak w damskiej bieliźnie. Ta chwila pozostanie w naszych nieśmiertelnych umysłach na zawsze.
- Stary! - Travis przypadł do brata i zerwał mu knebel. - Stary, mów do mnie!
       Connor spojrzał na bliźniaka nieprzytomnym wzrokiem, otworzył usta i przemówił:
- Stary... czy ja byłem kondorem?
- Tak, stary.
- A wcześniej biegałem po lesie w bieliźnie Elisy Krueger?
- Dalej w niej jesteś, stary.
- Stary... - chłopak westchnął w ramionach brata. - To było zaczepiste.
       Travis wyszczerzył się szeroko, jak tylko potrafi syn Hermesa.
- Staryyy... nigdy ci tego nie zapomnę! - roześmiał się. I my, Łowczynie, dołączyłyśmy się do radości chłopców. Nawet Ida się uśmiechnęła i parsknęła kilka razy.
        Polowanie na kondora Connora było zdecydowanie jednym z tych, jakie pamięta się już na zawsze. A obraz Connora Hood'a w damskiej bieliźnie, przemierzającego las na czworakach już zawsze pozostanie w mojej pamięci.

Nota: Pierwszy Epizod, na początek zabawnie i luźno :) Zapraszam do pisania opinii pod komentarzami albo przysyłania ich na email olga.papaj13@gmail.com

niedziela, 27 września 2015

Rozdział III: Coś się kończy, coś się zaczyna

Percy

     Kiedy oboje z Annabeth wyszliśmy z wynajmowanego domku opodal uniwersytetu, ulice już były pełne podekscytowanych absolwentów w granatowych togach i ich rodzin. 
      Uśmiechnąłem się do dziewczyny i objąłem, przesuwając frędzel przy birecie tak, żeby zwisał jej przed nosem, na co prychnęła i zarzuciła głową, żeby odpędzić irytujące dyndajło, bo, tak jakby, ręce miała unieruchomione przeze mnie. 
-Puszczaj, Glonomóżdżku! - warknęła. - Przez ciebie zepsułam sobie fryzurę.
      Z misternego upięcia z tyłu głowy wyślizgnęły się kosmyki, które teraz opadały na czoło i muskały policzki Annabeth. Zdecydowanie lepiej to wyglądało. Tak typowo dla niej. Do wojowniczej córki Ateny nie pasowały przylizane koki.
-Tak jest ładniej - zapewniłem ją, łapiąc ją lekko za nadgarstki, kiedy uniosła ręce w celu poprawienia domniemanych niedoskonałości we fryzurze. 
      Spojrzała na mnie pytająco, ale opuściła dłonie, których mimo to nie przestałem trzymać.
-Nic nie robię, Percy. Możesz już mnie puścić - zapewniła.
-Mogę - przyznałem i błysnąłem uśmiechem. - Ale nie chcę. 
      Parsknęła, ale wiedziałem, że już ją złamałem. 
-Mimo to, domagam się, byś oddał mi ręce. Będą mi potrzebne, kiedy będę odbierała moje świadectwo z wyróżnieniem - spojrzała na mnie z wyższością. 
-Czy ja wiem. Zdążyłem się do nich przywiązać - odrzekłem z ociąganiem, ale puściłem nadgarstki Annabeth. 
-Chodź, bo się spóźnimy. Już prawie wszyscy poszli.
      Wzruszyłem ramionami i wymamrotałem pod nosem coś, co brzmiało jak ,,amguhumghprlprrrffff" czy coś w tym rodzaju. Mimo to poszedłem za dziewczyną, która szybkim krokiem zmierzała do uniwersytetu. 
      Minęliśmy i pozdrowiliśmy paru znajomych. Jak Jake'a, syna Marsa, któremu wydaje się, że może mieć każdą, ale i tak na celownik wziął Annabeth. I tym razem puścił do niej oko, ona mu kiwnęła, a ja zaszczyciłem go rozdrażnionym spojrzeniem.
      Albo Alicię, córkę Wenus, której się wydaje, że może mieć każdego, ale i tak na celownik wzięła mnie. I tym razem posłała mi buziaka, ja jej kiwnąłem, a Annabeth zaszczyciła ją wściekłym spojrzeniem. 
      Na dziedzińcu przed wejściem do auli stali także Frank, Hazel i Reyna, którzy właśnie zaczęli się śmiać z czegoś.
-A oto i nasi absolwenci! - zawołała Reyna, kiedy nas zobaczyła. Pozostała dwójka odwróciła się z szerokimi uśmiechami. Hazel i Annabeth się uściskały, a ja i Frank podaliśmy sobie ręce. 
-Czuję się jak dumna matka dwójki dorastających dzieci - przyznała pretorka, zarzucając mnie i mojej dziewczynie ręce na ramiona i ściskając. 
-Uważaj, bo się rozpłaczesz, Reyno - zażartowała Annabeth, ale i ona miała łzy w oczach.
-Na pewno nie zostajecie? - spytała Hazel. - Jeśli nie mecie pieniędzy na dalszy wynajem to u nas jest dość miejsca... 
-Nie, dziękujemy, Hazel - przerwała Annabeth. - Wstępujemy do moich rodziców na parę dni. Potem jedziemy do Nowego Jorku, chwilę zostajemy z Sally i wracamy do Obozu Herosów. Obiecałam Chejronowi, że pomogę na budowie. Jason robi jak mrówka i cały czas dostarcza nowych bogów.
-Wiemy - westchnęła Reyna. - W Obozie Jupiter jeszcze nigdy nie było tyle świątyń. Mówił mi jednak, że zbliża się już do końca.
-Wreszcie - Annabeth wywróciła oczami. - Gadałam z Piper przez iryfon. Mówi, że z powodu swojej misji Jason ją zaniedbuje. Naprawdę dawno nie mieli okazji na jakieś sam na sam.
-I jeszcze muszą zaplanować ślub - dorzuciłem.
-Co ty ostatnio masz z tym ślubem? - zirytowała się. - W pełni obwiniam ciebie, Reyno! Przez ciebie mój chłopak nagle zaczął myśleć o małżeństwie i we łbie mu się przewraca!
-Auć - mruknąłem.
-Dobrze, nie kłóćcie się - załagodziła Hazel. - To i tak bez sensu. Cieszcie się zakończeniem studiów. Natychmiast, oboje!
     Zaśmialiśmy się, a temat małżeństwa i czyja to wina odszedł w niepamięć.

      Aula była pełna po brzegi absolwentów. Wszyscy rozmawiali ze sobą z przejęciem, przyjmowali ostatnie rady od rodziców i bliskich.
      Annabeth i ja siedzieliśmy z brzegu, żeby łatwiej nam było wyjść. Oboje byliśmy zdenerwowani. Ja się bałem, że w przejściu się przewrócę, a zanim odbiorę świadectwo ze ściany za mną wyskoczy piekielny ogar, który mnie połknie. Znając moje szczęście, było to prawdopodobne.
-Nie denerwuj się - powiedziałem, obejmując dziewczynę ramieniem. Nie tyle po to, by uspokoić ją, co dlatego, że pocieszanie jej i mnie poprawiało humor
-Nie denerwuję się, po prostu... - nabrała powietrza. - Będę tęsknić za tymi wszystkimi ludźmi. Spędziliśmy z nimi cztery lata, Percy, a teraz mamy się rozstać. 
-Hej - potrząsnąłem nią lekko. - Od kiedy to wojownicza córka Ateny przywiązuje się do kogoś więcej niż grona zaufanych przyjaciół. Z żadną z tych osób nie ratowałaś świata i będziesz tęsknić?
     Uśmiechnęła się delikatnie, co uznałem za sukces.
-Razem z nimi ratowałam świat od takich półgłówków jak ty, Glonomóżdżku. 
-Auć.
      Zaśmiała się, kiedy pocałowałem jej policzek. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale na środek amfiteatru wyszedł rektor w towarzystwie Reyny. Zaczęli przemawiać o wspólnie spędzonych latach, że będą tęsknić i wiedza nie zginie. Tradycyjnie, ale Reyna, jak zwykle zresztą, przemawiała takim tonem, że wszyscy studenci mieli łzy w oczach.
-A teraz odczytam listę absolwentów, którzy ukończyli uczelnię z wyróżnieniem. Wyczytanych proszę na środek.
     Abnateel, Adscore, Aktals, Amnesia... Chador, Chaffer, Chase.
     Annabeth wstała i na trzęsących się nogach skierowała w stronę podium.
-Absolwentka inżynierii, architektury, mitologii rozszerzonej i podstaw filozofii - oświadczył z uśmiechem rektor, wyciągając prawą rękę do Annabeth. Dziewczyna ją uścisnęła, odebrała świadectwo, przytuliła mocno Reynę i wróciła na miejsce obok mnie. Tak, to tyle.
      Szturchnąłem ją. Odwróciła na mnie zaszklony wzrok i wyglądała tak słodko, że przytuliłem ją do siebie i pocałowałem.
-Nie było tak źle, co? - wyszeptałem i poczułem, jak jej usta rozciągają się w uśmiechu.
-Lepiej mnie puść, Glonomóżdżku. Zaraz cię wyczytają i będzie niezręcznie, jeśli kiedy to nastąpi, będziesz się migdalił.
      Prychnąłem pogardliwie, ale odsunąłem się. No, byłoby to niezręczne. A ja nie chciałem dostarczać Reynie, Frankowi i Hazel powodów do naśmiewania się ze mnie.
       Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż wyczytają mnie.
     Harper, Haley, Husher... Jabba, Jackson. 
      Odetchnąłem i wstałem, przeciskając się obok Ann. W drodze do podium czułem na sobie uporczywy wzrok studentów - to w końcu ten słynny PERSEUSZ JACKSON - ale nieszczególnie zwracałem na niego uwagę. Skupiałem się głównie na tym, żeby nie potknąć się o togę.
       Jakoś dotarłem do podium bez potknięć/trzęsień ziemi/ataków potworów/końca świata. Okay, najgorsze za mną, pozostała ta najłatwiejsza część: podejść, uścisnąć odpowiednią rękę, odebrać świadectwo i porcję uścisków od Reyny i wrócić. Wyszło wszystko poza punktem piątym. 
       Na zejściu z podium, oczywiście, toga zaplątała mi się między nogami, więc schodząc wyglądałem jakbym tańczył. Potem w drodze z powrotem na górę, do Annabeth, zderzyłem się z biedną, podenerwowaną Penny Jad. Wreszcie, w milczeniu wróciłem do swojej dziewczyny, która oczywiście natychmiast wzięła sobie niczemu niewinną Penny na celownik.
-Ma fajne włosy, nie? - syknęła zjadliwie.
-No fajne - odburknąłem, dalej czując, że wszyscy na mnie patrzą. 
-Tłuste, kędzierzawe i nijakie - prychnęła z pogardą.
-Niewątpliwie. 
Spojrzała na mnie zirytowana, założyła ręce i opadła na oparcie.
~~*~~
Jak zawsze czułem się niezręcznie w domu ojca Annabeth w San Francisco. Wnętrze było przytulne i miło urządzone, ale być może krępowała mnie obecność śmiertelników i krzywe spojrzenia, jakie rzucała mi żona profesora Chase'a. Nieprzyjemnie się złożyło, że akurat w domu byli synowie pani Chase. 
     Starający się podtrzymywać rozmowę Fryderyk Chase, kulący się w fotelach Bobby i Matthew, sztywno wyprostowana pani Chase, onieśmielająca urodą i postawą Annabeth i ja. Wszyscy popijają herbatę z porcelanowych filiżanek i pogryzają zbożowe ciasteczka, które nieprzyjemnie przypominały mi ekologiczne cegły Iris. 
      Super.
-No. Annabeth - kobieta spojrzała na pasierbicę. - Czy ty i Percy planujecie coś w temacie waszej przyszłości?
-Dlaczego wszyscy nas o to pytają? - westchnęła Annabeth i wiedziałem, że jest zirytowana, ale była zbyt mądra, żeby zepsuć i tak słabą atmosferę przesadnym rozdrażnieniem. - Dopiero skończyliśmy studia...
-Och, Annie, jesteś bardziej drętwa niż ja! - roześmiał się jej tata, czym zasłużył sobie na ciepłe spojrzenie córki.
-Cóż, no tak, ktoś musi - uśmiechnęła się do ojca i upiła łyk herbaty, patrząc na mnie wyczekująco znad brzegu filiżanki. Aha, mam coś powiedzieć...
-O tak, jest drętwa - palnąłem. Błąd. BŁĄD! 
     Pani Chase odchrząknęła i spojrzała na mnie życzliwie, w przeciwieństwie do Annabeth, której wzrok był bardziej niebezpieczny niż spojrzenie Meduzy. A, wierzcie mi, wiem, o czym mówię. 
-Percy, kochany, jak wam było na tych studiach?
     Z ulgą i wdzięcznością do kobiety, zacząłem opowiadać o uliczkach Nowego Rzymu, kampusie, uniwersytecie. Grzecznie pominąłem bezręki, gadający pomnik.
     Pani Chase dużo się śmiała z tego, co jej mówiłem i to było naprawdę miłe. Nawet Annabeth stopniowo się odprężyła, a nawet zaczęła śmiać razem z macochą i uzupełniać moją opowieść twierdząc, że mogę sobie być synem jednego z Wielkiej Trójki, ale elokwencji nie mam za grosz.
Wow. Dzięki, kochanie.
     No właśnie, było miło. Annabeth wyglądała pięknie, jak zawsze. To był dziwny, ale przyjemny widok: córka Ateny żartująca i przekomarzająca się z ojcem i macochą, nawet przyrodnimi braćmi.
-Percy! - zaśmiała się, szturchając mnie w ramię. - Coś się tak zamyślił? Stało się coś?
      Spojrzałem na nią, a przed oczami przewinęły mi się wszystkie wspomnienia z nią związane. Annabeth mówi mi, że ślinię się przez sen. Ten żenujący incydent w Tunelu Miłości.  Annabeth oswaja Cerbera. Annabeth całuje mnie w policzek, kiedy przyznałem się do pokrewieństwa z Tysonem. Tańczę z Annabeth w szkole wojskowej. Annabeth jest zazdrosna o Rachel Dare. Annabeth całuje mnie, zanim wybuch rzuci mnie na Ogygię. Wspominam Annabeth pływając w Styksie. Pokazuję Annabeth swój słaby punkt. Annabeth patrzy, jak Luke zabija się sztyletem, by pokonać Kronosa. Całuję Annabeth pod wodą. Tracę pamięć, zachowując wspomnienie o Annabeth. Spotykam ją ponownie w Nowym Rzymie. Rozstajemy się, by Annabeth mogła pójść za Znakiem Ateny. Spadamy razem do Tartaru. Przechodzimy go i nadal żyjemy. Pokonujemy Gaję. Idziemy na studia...
      Mogę z czystym sumieniem oświadczyć, że przemyślałem swoje decyzje.
- Panie Chase? - odezwałem się, zamiast odpowiadać dziewczynie.
- Tak? - mężczyzna odwrócił się od żony i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Możemy porozmawiać?
- Oczywiście - powiedział ostrożnie i wstał z fotela. - Chodźmy do kuchni.
      Rzuciłem uspokajające spojrzenie Annabeth i poszedłem za mężczyzną przez korytarz do kuchni. Pan Chase już tam był, nalewał sobie szklankę mleka.
- Słucham, Percy - zachęcił mnie gestem do mówienia.
      Wziąłem głęboki oddech. Teraz albo nigdy. Czemu się stresuję? Zgodzi się. Musi.
- Mam do pana ogromną prośbę - zacząłem, a gdy skinął poważnie głową, kontynuowałem. - Chodzi o Annabeth... - a potem słowa popłynęły. - Chciałbym pana bardzo, ale to bardzo poprosić, i może pan się nie zgodzi, ale mam nadzieję, że jednak tak, bo chcę pana zapytać, czy nie miałby pan nic przeciwko gdybym poprosił Annabeth o rękę.
      Sapnąłem i spojrzałem z nadzieją na pana Chase'a. Na jego twarzy stopniowo rozciągnął się szeroki uśmiech. Potem zaczął się śmiać i chwycił mnie w objęcia. Wow, kto by się spodziewał takiej siły po śmiertelniku.
- Percy! Mnie się pytasz? Idź z tym do niej - wypuścił mnie. - Jesteś dobrym człowiekiem, Perseuszu Jacksonie, a moja Ann cię kocha, to po was widać. Nie widzę przeciwwskazań, ale powinieneś jeszcze...
     Wyrwałem się z osłupienia. Zgodził się!
- Dziękuję panu! - zawołałem i tym razem to ja przytuliłem przyszłego teścia, po czym wybiegłem do salonu cały w skowronkach. Byłem dobrej myśli.
      Jakże się myliłem.

Nota: No tak, jest ten trzeci rozdział, zrodzony w bólu i łzach, ale jest. Mało ciekawy i wybitnie źle napisany. Przepraszam za tę przerwę, ale miałam problem w weną, internetem i... no tak, przepraszam.