niedziela, 27 września 2015

Rozdział III: Coś się kończy, coś się zaczyna

Percy

     Kiedy oboje z Annabeth wyszliśmy z wynajmowanego domku opodal uniwersytetu, ulice już były pełne podekscytowanych absolwentów w granatowych togach i ich rodzin. 
      Uśmiechnąłem się do dziewczyny i objąłem, przesuwając frędzel przy birecie tak, żeby zwisał jej przed nosem, na co prychnęła i zarzuciła głową, żeby odpędzić irytujące dyndajło, bo, tak jakby, ręce miała unieruchomione przeze mnie. 
-Puszczaj, Glonomóżdżku! - warknęła. - Przez ciebie zepsułam sobie fryzurę.
      Z misternego upięcia z tyłu głowy wyślizgnęły się kosmyki, które teraz opadały na czoło i muskały policzki Annabeth. Zdecydowanie lepiej to wyglądało. Tak typowo dla niej. Do wojowniczej córki Ateny nie pasowały przylizane koki.
-Tak jest ładniej - zapewniłem ją, łapiąc ją lekko za nadgarstki, kiedy uniosła ręce w celu poprawienia domniemanych niedoskonałości we fryzurze. 
      Spojrzała na mnie pytająco, ale opuściła dłonie, których mimo to nie przestałem trzymać.
-Nic nie robię, Percy. Możesz już mnie puścić - zapewniła.
-Mogę - przyznałem i błysnąłem uśmiechem. - Ale nie chcę. 
      Parsknęła, ale wiedziałem, że już ją złamałem. 
-Mimo to, domagam się, byś oddał mi ręce. Będą mi potrzebne, kiedy będę odbierała moje świadectwo z wyróżnieniem - spojrzała na mnie z wyższością. 
-Czy ja wiem. Zdążyłem się do nich przywiązać - odrzekłem z ociąganiem, ale puściłem nadgarstki Annabeth. 
-Chodź, bo się spóźnimy. Już prawie wszyscy poszli.
      Wzruszyłem ramionami i wymamrotałem pod nosem coś, co brzmiało jak ,,amguhumghprlprrrffff" czy coś w tym rodzaju. Mimo to poszedłem za dziewczyną, która szybkim krokiem zmierzała do uniwersytetu. 
      Minęliśmy i pozdrowiliśmy paru znajomych. Jak Jake'a, syna Marsa, któremu wydaje się, że może mieć każdą, ale i tak na celownik wziął Annabeth. I tym razem puścił do niej oko, ona mu kiwnęła, a ja zaszczyciłem go rozdrażnionym spojrzeniem.
      Albo Alicię, córkę Wenus, której się wydaje, że może mieć każdego, ale i tak na celownik wzięła mnie. I tym razem posłała mi buziaka, ja jej kiwnąłem, a Annabeth zaszczyciła ją wściekłym spojrzeniem. 
      Na dziedzińcu przed wejściem do auli stali także Frank, Hazel i Reyna, którzy właśnie zaczęli się śmiać z czegoś.
-A oto i nasi absolwenci! - zawołała Reyna, kiedy nas zobaczyła. Pozostała dwójka odwróciła się z szerokimi uśmiechami. Hazel i Annabeth się uściskały, a ja i Frank podaliśmy sobie ręce. 
-Czuję się jak dumna matka dwójki dorastających dzieci - przyznała pretorka, zarzucając mnie i mojej dziewczynie ręce na ramiona i ściskając. 
-Uważaj, bo się rozpłaczesz, Reyno - zażartowała Annabeth, ale i ona miała łzy w oczach.
-Na pewno nie zostajecie? - spytała Hazel. - Jeśli nie mecie pieniędzy na dalszy wynajem to u nas jest dość miejsca... 
-Nie, dziękujemy, Hazel - przerwała Annabeth. - Wstępujemy do moich rodziców na parę dni. Potem jedziemy do Nowego Jorku, chwilę zostajemy z Sally i wracamy do Obozu Herosów. Obiecałam Chejronowi, że pomogę na budowie. Jason robi jak mrówka i cały czas dostarcza nowych bogów.
-Wiemy - westchnęła Reyna. - W Obozie Jupiter jeszcze nigdy nie było tyle świątyń. Mówił mi jednak, że zbliża się już do końca.
-Wreszcie - Annabeth wywróciła oczami. - Gadałam z Piper przez iryfon. Mówi, że z powodu swojej misji Jason ją zaniedbuje. Naprawdę dawno nie mieli okazji na jakieś sam na sam.
-I jeszcze muszą zaplanować ślub - dorzuciłem.
-Co ty ostatnio masz z tym ślubem? - zirytowała się. - W pełni obwiniam ciebie, Reyno! Przez ciebie mój chłopak nagle zaczął myśleć o małżeństwie i we łbie mu się przewraca!
-Auć - mruknąłem.
-Dobrze, nie kłóćcie się - załagodziła Hazel. - To i tak bez sensu. Cieszcie się zakończeniem studiów. Natychmiast, oboje!
     Zaśmialiśmy się, a temat małżeństwa i czyja to wina odszedł w niepamięć.

      Aula była pełna po brzegi absolwentów. Wszyscy rozmawiali ze sobą z przejęciem, przyjmowali ostatnie rady od rodziców i bliskich.
      Annabeth i ja siedzieliśmy z brzegu, żeby łatwiej nam było wyjść. Oboje byliśmy zdenerwowani. Ja się bałem, że w przejściu się przewrócę, a zanim odbiorę świadectwo ze ściany za mną wyskoczy piekielny ogar, który mnie połknie. Znając moje szczęście, było to prawdopodobne.
-Nie denerwuj się - powiedziałem, obejmując dziewczynę ramieniem. Nie tyle po to, by uspokoić ją, co dlatego, że pocieszanie jej i mnie poprawiało humor
-Nie denerwuję się, po prostu... - nabrała powietrza. - Będę tęsknić za tymi wszystkimi ludźmi. Spędziliśmy z nimi cztery lata, Percy, a teraz mamy się rozstać. 
-Hej - potrząsnąłem nią lekko. - Od kiedy to wojownicza córka Ateny przywiązuje się do kogoś więcej niż grona zaufanych przyjaciół. Z żadną z tych osób nie ratowałaś świata i będziesz tęsknić?
     Uśmiechnęła się delikatnie, co uznałem za sukces.
-Razem z nimi ratowałam świat od takich półgłówków jak ty, Glonomóżdżku. 
-Auć.
      Zaśmiała się, kiedy pocałowałem jej policzek. Chciałem coś jeszcze powiedzieć, ale na środek amfiteatru wyszedł rektor w towarzystwie Reyny. Zaczęli przemawiać o wspólnie spędzonych latach, że będą tęsknić i wiedza nie zginie. Tradycyjnie, ale Reyna, jak zwykle zresztą, przemawiała takim tonem, że wszyscy studenci mieli łzy w oczach.
-A teraz odczytam listę absolwentów, którzy ukończyli uczelnię z wyróżnieniem. Wyczytanych proszę na środek.
     Abnateel, Adscore, Aktals, Amnesia... Chador, Chaffer, Chase.
     Annabeth wstała i na trzęsących się nogach skierowała w stronę podium.
-Absolwentka inżynierii, architektury, mitologii rozszerzonej i podstaw filozofii - oświadczył z uśmiechem rektor, wyciągając prawą rękę do Annabeth. Dziewczyna ją uścisnęła, odebrała świadectwo, przytuliła mocno Reynę i wróciła na miejsce obok mnie. Tak, to tyle.
      Szturchnąłem ją. Odwróciła na mnie zaszklony wzrok i wyglądała tak słodko, że przytuliłem ją do siebie i pocałowałem.
-Nie było tak źle, co? - wyszeptałem i poczułem, jak jej usta rozciągają się w uśmiechu.
-Lepiej mnie puść, Glonomóżdżku. Zaraz cię wyczytają i będzie niezręcznie, jeśli kiedy to nastąpi, będziesz się migdalił.
      Prychnąłem pogardliwie, ale odsunąłem się. No, byłoby to niezręczne. A ja nie chciałem dostarczać Reynie, Frankowi i Hazel powodów do naśmiewania się ze mnie.
       Siedzieliśmy i czekaliśmy, aż wyczytają mnie.
     Harper, Haley, Husher... Jabba, Jackson. 
      Odetchnąłem i wstałem, przeciskając się obok Ann. W drodze do podium czułem na sobie uporczywy wzrok studentów - to w końcu ten słynny PERSEUSZ JACKSON - ale nieszczególnie zwracałem na niego uwagę. Skupiałem się głównie na tym, żeby nie potknąć się o togę.
       Jakoś dotarłem do podium bez potknięć/trzęsień ziemi/ataków potworów/końca świata. Okay, najgorsze za mną, pozostała ta najłatwiejsza część: podejść, uścisnąć odpowiednią rękę, odebrać świadectwo i porcję uścisków od Reyny i wrócić. Wyszło wszystko poza punktem piątym. 
       Na zejściu z podium, oczywiście, toga zaplątała mi się między nogami, więc schodząc wyglądałem jakbym tańczył. Potem w drodze z powrotem na górę, do Annabeth, zderzyłem się z biedną, podenerwowaną Penny Jad. Wreszcie, w milczeniu wróciłem do swojej dziewczyny, która oczywiście natychmiast wzięła sobie niczemu niewinną Penny na celownik.
-Ma fajne włosy, nie? - syknęła zjadliwie.
-No fajne - odburknąłem, dalej czując, że wszyscy na mnie patrzą. 
-Tłuste, kędzierzawe i nijakie - prychnęła z pogardą.
-Niewątpliwie. 
Spojrzała na mnie zirytowana, założyła ręce i opadła na oparcie.
~~*~~
Jak zawsze czułem się niezręcznie w domu ojca Annabeth w San Francisco. Wnętrze było przytulne i miło urządzone, ale być może krępowała mnie obecność śmiertelników i krzywe spojrzenia, jakie rzucała mi żona profesora Chase'a. Nieprzyjemnie się złożyło, że akurat w domu byli synowie pani Chase. 
     Starający się podtrzymywać rozmowę Fryderyk Chase, kulący się w fotelach Bobby i Matthew, sztywno wyprostowana pani Chase, onieśmielająca urodą i postawą Annabeth i ja. Wszyscy popijają herbatę z porcelanowych filiżanek i pogryzają zbożowe ciasteczka, które nieprzyjemnie przypominały mi ekologiczne cegły Iris. 
      Super.
-No. Annabeth - kobieta spojrzała na pasierbicę. - Czy ty i Percy planujecie coś w temacie waszej przyszłości?
-Dlaczego wszyscy nas o to pytają? - westchnęła Annabeth i wiedziałem, że jest zirytowana, ale była zbyt mądra, żeby zepsuć i tak słabą atmosferę przesadnym rozdrażnieniem. - Dopiero skończyliśmy studia...
-Och, Annie, jesteś bardziej drętwa niż ja! - roześmiał się jej tata, czym zasłużył sobie na ciepłe spojrzenie córki.
-Cóż, no tak, ktoś musi - uśmiechnęła się do ojca i upiła łyk herbaty, patrząc na mnie wyczekująco znad brzegu filiżanki. Aha, mam coś powiedzieć...
-O tak, jest drętwa - palnąłem. Błąd. BŁĄD! 
     Pani Chase odchrząknęła i spojrzała na mnie życzliwie, w przeciwieństwie do Annabeth, której wzrok był bardziej niebezpieczny niż spojrzenie Meduzy. A, wierzcie mi, wiem, o czym mówię. 
-Percy, kochany, jak wam było na tych studiach?
     Z ulgą i wdzięcznością do kobiety, zacząłem opowiadać o uliczkach Nowego Rzymu, kampusie, uniwersytecie. Grzecznie pominąłem bezręki, gadający pomnik.
     Pani Chase dużo się śmiała z tego, co jej mówiłem i to było naprawdę miłe. Nawet Annabeth stopniowo się odprężyła, a nawet zaczęła śmiać razem z macochą i uzupełniać moją opowieść twierdząc, że mogę sobie być synem jednego z Wielkiej Trójki, ale elokwencji nie mam za grosz.
Wow. Dzięki, kochanie.
     No właśnie, było miło. Annabeth wyglądała pięknie, jak zawsze. To był dziwny, ale przyjemny widok: córka Ateny żartująca i przekomarzająca się z ojcem i macochą, nawet przyrodnimi braćmi.
-Percy! - zaśmiała się, szturchając mnie w ramię. - Coś się tak zamyślił? Stało się coś?
      Spojrzałem na nią, a przed oczami przewinęły mi się wszystkie wspomnienia z nią związane. Annabeth mówi mi, że ślinię się przez sen. Ten żenujący incydent w Tunelu Miłości.  Annabeth oswaja Cerbera. Annabeth całuje mnie w policzek, kiedy przyznałem się do pokrewieństwa z Tysonem. Tańczę z Annabeth w szkole wojskowej. Annabeth jest zazdrosna o Rachel Dare. Annabeth całuje mnie, zanim wybuch rzuci mnie na Ogygię. Wspominam Annabeth pływając w Styksie. Pokazuję Annabeth swój słaby punkt. Annabeth patrzy, jak Luke zabija się sztyletem, by pokonać Kronosa. Całuję Annabeth pod wodą. Tracę pamięć, zachowując wspomnienie o Annabeth. Spotykam ją ponownie w Nowym Rzymie. Rozstajemy się, by Annabeth mogła pójść za Znakiem Ateny. Spadamy razem do Tartaru. Przechodzimy go i nadal żyjemy. Pokonujemy Gaję. Idziemy na studia...
      Mogę z czystym sumieniem oświadczyć, że przemyślałem swoje decyzje.
- Panie Chase? - odezwałem się, zamiast odpowiadać dziewczynie.
- Tak? - mężczyzna odwrócił się od żony i spojrzał na mnie z uśmiechem.
- Możemy porozmawiać?
- Oczywiście - powiedział ostrożnie i wstał z fotela. - Chodźmy do kuchni.
      Rzuciłem uspokajające spojrzenie Annabeth i poszedłem za mężczyzną przez korytarz do kuchni. Pan Chase już tam był, nalewał sobie szklankę mleka.
- Słucham, Percy - zachęcił mnie gestem do mówienia.
      Wziąłem głęboki oddech. Teraz albo nigdy. Czemu się stresuję? Zgodzi się. Musi.
- Mam do pana ogromną prośbę - zacząłem, a gdy skinął poważnie głową, kontynuowałem. - Chodzi o Annabeth... - a potem słowa popłynęły. - Chciałbym pana bardzo, ale to bardzo poprosić, i może pan się nie zgodzi, ale mam nadzieję, że jednak tak, bo chcę pana zapytać, czy nie miałby pan nic przeciwko gdybym poprosił Annabeth o rękę.
      Sapnąłem i spojrzałem z nadzieją na pana Chase'a. Na jego twarzy stopniowo rozciągnął się szeroki uśmiech. Potem zaczął się śmiać i chwycił mnie w objęcia. Wow, kto by się spodziewał takiej siły po śmiertelniku.
- Percy! Mnie się pytasz? Idź z tym do niej - wypuścił mnie. - Jesteś dobrym człowiekiem, Perseuszu Jacksonie, a moja Ann cię kocha, to po was widać. Nie widzę przeciwwskazań, ale powinieneś jeszcze...
     Wyrwałem się z osłupienia. Zgodził się!
- Dziękuję panu! - zawołałem i tym razem to ja przytuliłem przyszłego teścia, po czym wybiegłem do salonu cały w skowronkach. Byłem dobrej myśli.
      Jakże się myliłem.

Nota: No tak, jest ten trzeci rozdział, zrodzony w bólu i łzach, ale jest. Mało ciekawy i wybitnie źle napisany. Przepraszam za tę przerwę, ale miałam problem w weną, internetem i... no tak, przepraszam.







Brak komentarzy:

Prześlij komentarz