Percy
Koniec czerwca. Annabeth i ja siedzieliśmy przed naszą ulubioną kafejką i patrzeliśmy na Nowy Rzym, który był naszym domem przez ostatnie lata. Studia tutaj bardzo nas do siebie zbliżyły pomimo, że większość zajęć mieliśmy osobno. Zresztą i tak mieszkaliśmy razem, chociaż nawet tam głównie się uczyliśmy. To jej wina! Ja miałem ciekawsze pomysły na spędzanie czasu na osobności, ale ona się upierała, że "najpierw nauka, potem przyjemności". Tylko, cholera, Annabeth uczyła się ciągle!
Zmarszczyłem nos, myśląc o tym, na co dziewczyna spojrzała na mnie z uśmiechem.
-Co jest, Glonomóżdżku? Będziesz tęsknił za studiami? - trąciła mnie, wyciągając rękę nad stolikiem.
-Raczej ty, Mądralo - popukałem palcem w wierzch jej dłoni. - Już widzę, jak będę cię musiał tulić, podczas gdy ty będziesz zalewała się łzami nad utraconymi godzinami na uczelni, które już nie powrócą.
-Uważaj, bo uwierzę, że tobie niczego nie będzie brakować. Na przykład, tej kafejki.
-Terminusa - dorzuciłem.
-Sobotnich odwiedzin Reyny - uśmiechnęła się.
-Profesora McTent'a - westchnąłem, na wspomnienie grubego faceta o sumiastych wąsach, który przesadnie wymawiał ,,m", przez co studenci tytułowali go MamaTent.
Zaśmialiśmy się. Spojrzałem na dziewczynę. Nigdy nie przyzwyczaję się do jej urody. To niemożliwe przy złotych lokach rozpuszczonych na ramiona, opalonej na ładny, jasnobrązowy kolor skórze i pięknych, burzowo szarych oczach, które niegdyś mnie co prawda peszyły, ale w końcu oczarowały i rozkochały. Nie, żebym kochał Annabeth ze względu na oczy. Była nie tylko piękna, ale też odważna. NAPRAWDĘ odważna. I bardzo, bardzo, bardzo, BARDZO mądra. Czasami aż przemądrzała. I urocza, zwłaszcza, kiedy mówiła o architekturze. Kiedyś mnie to bardzo wkurzało, co prawda. Teraz rozczulało i budziło wspomnienia.
A ja NAPRAWDĘ powinienem się leczyć.
-Będę tęsknić za tym miejscem - powiedziała i spojrzała na mnie.
-Ja też - westchnąłem i wyciągnąłem rękę przez stół żeby spleść nasze palce. - Ale spójrz na to inaczej. Teraz, kiedy jesteśmy już właściwie absolwentami, będziemy mieć więcej czasu na czynności, które uniemożliwiała nam nauka.
Uśmiechnęła się szeroko.
-Chyba pogodzę się z końcem studiów.
Parsknąłem śmiechem i pochyliliśmy się nad stolikiem żeby się pocałować.
-Chyba nie przeszkadzam? - usłyszałem wesoły głos. Oderwaliśmy się od siebie. Kiedy zobaczyliśmy, kto nam przeszkadza, skinąłem głową z udawaną powagą.
-Pretorko Reyno Avila Ramirez - Arellano.
Odpowiedziała takim samym gestem.
-Były pretorze Perseuszu Jacksonie - skinęła w stronę Annabeth. - I absolwentko Annabeth Chase - Jackson.
Annabeth zarumieniła się wdzięcznie, a ja zaczerwieniłem się jak burak. Reyna uniosła brwi.
-Nie mówcie, że niczego nie planujecie.
-To duży krok, Reyno, wart zastanowienia, a większość naszego czasu zajmowała nauka. Nie było kiedy myśleć o przyszłości - wyjaśniła córka Ateny.
Reyna parsknęła i zbliżyła się do naszego stolika.
-To teraz wy mnie posłuchajcie. Wy... Jesteście chyba najbardziej zakochaną w sobie parą, jaką znam. A znam Jasona, Piper, Hazel, Franka i całe mnóstwo innych. I wy twierdzicie, że to ,,warte zastanowienia"? Mówię to ja, córka bogini wojny.
-Ona tak twierdzi, mnie w to nie mieszaj - uniosłem ręce w obronnym geście, na co Ann zmroziła mnie wzrokiem.
-Zastanowimy się, Rey. Nie dosiądziesz się? - wskazała na krzesło przy sąsiednim stoliku.
-Nie, dziękuję wam. Wpadłam tylko na chwilę, zaraz muszę wracać do obozu. No wiecie, pretor i tak dalej. Mam swoje obowiązki - westchnęła. - Ale wy się nie krępujcie.
Odeszła, powiewając za sobą ciemnym warkoczem i purpurowym płaszczem, ale pomysł zostawiła. Już do końca dnia wyobrażałem sobie, jak wyglądałby pierścionek na dłoni Annabeth.
Zaśmialiśmy się. Spojrzałem na dziewczynę. Nigdy nie przyzwyczaję się do jej urody. To niemożliwe przy złotych lokach rozpuszczonych na ramiona, opalonej na ładny, jasnobrązowy kolor skórze i pięknych, burzowo szarych oczach, które niegdyś mnie co prawda peszyły, ale w końcu oczarowały i rozkochały. Nie, żebym kochał Annabeth ze względu na oczy. Była nie tylko piękna, ale też odważna. NAPRAWDĘ odważna. I bardzo, bardzo, bardzo, BARDZO mądra. Czasami aż przemądrzała. I urocza, zwłaszcza, kiedy mówiła o architekturze. Kiedyś mnie to bardzo wkurzało, co prawda. Teraz rozczulało i budziło wspomnienia.
A ja NAPRAWDĘ powinienem się leczyć.
-Będę tęsknić za tym miejscem - powiedziała i spojrzała na mnie.
-Ja też - westchnąłem i wyciągnąłem rękę przez stół żeby spleść nasze palce. - Ale spójrz na to inaczej. Teraz, kiedy jesteśmy już właściwie absolwentami, będziemy mieć więcej czasu na czynności, które uniemożliwiała nam nauka.
Uśmiechnęła się szeroko.
-Chyba pogodzę się z końcem studiów.
Parsknąłem śmiechem i pochyliliśmy się nad stolikiem żeby się pocałować.
-Chyba nie przeszkadzam? - usłyszałem wesoły głos. Oderwaliśmy się od siebie. Kiedy zobaczyliśmy, kto nam przeszkadza, skinąłem głową z udawaną powagą.
-Pretorko Reyno Avila Ramirez - Arellano.
Odpowiedziała takim samym gestem.
-Były pretorze Perseuszu Jacksonie - skinęła w stronę Annabeth. - I absolwentko Annabeth Chase - Jackson.
Annabeth zarumieniła się wdzięcznie, a ja zaczerwieniłem się jak burak. Reyna uniosła brwi.
-Nie mówcie, że niczego nie planujecie.
-To duży krok, Reyno, wart zastanowienia, a większość naszego czasu zajmowała nauka. Nie było kiedy myśleć o przyszłości - wyjaśniła córka Ateny.
Reyna parsknęła i zbliżyła się do naszego stolika.
-To teraz wy mnie posłuchajcie. Wy... Jesteście chyba najbardziej zakochaną w sobie parą, jaką znam. A znam Jasona, Piper, Hazel, Franka i całe mnóstwo innych. I wy twierdzicie, że to ,,warte zastanowienia"? Mówię to ja, córka bogini wojny.
-Ona tak twierdzi, mnie w to nie mieszaj - uniosłem ręce w obronnym geście, na co Ann zmroziła mnie wzrokiem.
-Zastanowimy się, Rey. Nie dosiądziesz się? - wskazała na krzesło przy sąsiednim stoliku.
-Nie, dziękuję wam. Wpadłam tylko na chwilę, zaraz muszę wracać do obozu. No wiecie, pretor i tak dalej. Mam swoje obowiązki - westchnęła. - Ale wy się nie krępujcie.
Odeszła, powiewając za sobą ciemnym warkoczem i purpurowym płaszczem, ale pomysł zostawiła. Już do końca dnia wyobrażałem sobie, jak wyglądałby pierścionek na dłoni Annabeth.
Piper
Blask porannego słońca opromieniał Wzgórze Herosów i grzał moje plecy, kiedy, stojąc na palcach oparta o sosnę Thalii, wyglądałam mojego narzeczonego, który miał wrócić z Kalifornii już dziś. Miałam mu do przekazania ważne wieści, a im dłużej musiałam je w sobie dusić, tym gorzej się czułam. Im gorzej się czułam, tym bardziej będę potrzebowała wyładowania. A na czym najlepiej się wyładowywać, jeśli nie na umięśnionym i twardym facecie, jakim był Jason?
Czekałam już od dobrej godziny. Westchnęłam i wyciągnęłam na bok dłoń, żeby światło zatańczyło w ciemnoróżowym krysztale, którym był ozdobiony mój pierścionek zaręczynowy. Jason oświadczył mi się podczas swojego ostatniego pobytu w Obozie Herosów.
-Wracaj tu, ty cholerny Supermanie od siedmiu boleści! - wydarłam się w przestrzeń.
-Przecież jestem - rozległ się drogi mi głos po mojej prawej.
Pisnęłam i odskoczyłam do tyłu, tracąc równowagę, jednak w porę złapały mnie silne ramiona i przytuliły.
-Na wszystkich bogów, Jason! Zawału bym przez ciebie dostała! Ty... - uciszył mnie pocałunkiem. O tak, nie widzieliśmy się od dawna. Miesiąc? Dwa? Westchnęłam, gdy się odsunął. - Jakim cudem się tu dostałeś? Monitoruję drogę od godziny.
-Zabrałem się cieniem razem z Nico. Jest w tym coraz lepszy. Ale ważniejsze od tego, jak się tu dostałem jest to, że tu w ogóle jestem. I bardzo stęskniłem się za swoją NA - RZE - CZO - NĄ!
Zaśmiałam się. Tak bardzo brakowało mi jego silnych ramion i czysto błękitnych oczu, patrzących zza szkieł okularów.
-Też tęskniłam za moim NA - RZE - CZO - NYM. A właśnie, a propos, powiedziałeś przyjaciołom w Obozie Jupiter?
-Tak - błysnął uśmiechem. - Myślałem, że Frank i Hazel mnie uduszą. Frank ze szczęścia, a Hazel, bo nie mogła przy tym być.
-A Reyna? - dociekałam. Byłam ciekawa reakcji kobiety, która była przez długi czas zakochana w moim narzeczonym.
-Była przeszczęśliwa. To znaczy, okazała to na tyle, na ile wypada pretorce w purpurowym płaszczu.
-To znaczy? - zmarszczyłam brwi.
-Zaczęła piszczeć jak nastolatka i klaskać w ręce.
Parsknęłam śmiechem na wyobrażenie Reyny skaczącej jak nastolatka z serialu i przytuliłam się do piersi Jasona, wdychając zapach ozonu, bardzo dla niego charakterystyczny.
-Cieszę się, Może w końcu sobie kogoś znajdzie - powiedziałam, a chłopak mruknął potakująco. - A Percy i Annabeth? Coś planują?
-Na razie dopiero skończyli studia. Gadałem o tym z Percy'm. On bardzo chętnie wziąłby ślub, ale Ann się nie spieszy. Twierdzi, że takie wiążące decyzje należy podejmować rozważnie i z dużym wyprzedzeniem. To go frustruje.
-Biedny Percy - westchnęłam.
-Ty i Annabeth jesteście jak rozważna i romantyczna - zaśmiał się.
-Bogowie, nie powtarzaj jej tego! - wykrzyknęłam z udawanym przerażeniem. Zaśmiał się, a ja stwierdziłam, że jest to dobry moment na przekazanie nowiny.
-Jason, mam dla ciebie wieści! - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Poczekaj, tylko przywitam się z resztą obozu. Wieści nie uciekną.
-Ale...
-No chodź! - on już zbiegał ze Wzgórza Herosów w stronę Wielkiego Domu. Westchnęłam i powlokłam się za nim.
Zbyt często zmieniał obozy. Raz był stały, czujny i zdyscyplinowany jak Rzymianin, innym razem zaś porywczy i nieprzewidywalny jak Grek. Męczyło mnie to i rozważałam użycie magicznego głosu, żeby go zatrzymać, ale prędko odrzuciłam tę myśl. Obiecałam sobie, że będę używać czaromowy tylko w razie konieczności.
Jason już czekał na werandzie Wielkiego Domu i zniecierpliwiony tupał nogą.
-Musiałaś zdrętwieć koło tego drzewa. Ruch ci nie zaszkodzi, królowo piękności - spostrzegł moją minę. - Hej... Co jest?
-Chciałam ci coś powiedzieć, ale nie dałeś mi dojść do słowa. Chciałabym...
-Ach! Jason! - zawołał Chejron zza moich pleców. Westchnęłam. - Witaj, chłopcze. Jak tam u naszych towarzyszy Rzymian? Postawiłeś jakieś świątynie?
-Tak, Chejronie i chyba zbliżam się do końca. Invidia, boginka zazdrości i Beatitudinem, bożek pozytywnego myślenia mają już swoje świątynie. Pozostają jeszcze domki dla nich...
Centaur westchnął, a ja go rozumiałam. Na terenie obozu już było mnóstwo nieukończonych domków. Większość herosów musiała porzucić swoje dotychczasowe zajęcia na rzecz pracy na budowie. Dzieci Ateny projektowały, dzieci Hefajstosa, Aresa, Hermesa i innych budowały, a dzieci Afrodyty ozdabiał tak, aby domek oddawał charakter odpowiedniego boga. Poza tym bogowie, wywiązawszy się z umowy, zaczęli uznawać swoje dzieci i mamy ogromny napływ nowych herosów. Przestają się mieścić w pawilonie jadalnym, nam brakuje satyrów dla nich wszystkich i każdy musi opiekować się nawet trójką czy czwórką herosów mieszkających we względnie niewielkim oddaleniu od siebie.
-Ale spokojnie, Beatitudinem nie ma za wiele dzieci. Inna sprawa z Invidią, no wiecie, zazdrość... Skacze od jednego faceta do drugiego. Jej trzeba będzie większy domek. No i...
-Ilu jeszcze bogów ci zostało? - przerwał Chejron. Jason zamilkł i zaczął liczyć w myślach.
-Parudziesięciu - odpowiedział w końcu. - Plus minus pięcioro.
-Czyli... Ile to ci jeszcze zajmie? - zapytałam, a on spojrzał na mnie z ochoczym uśmiechem.
-Jeśli przyspieszę i nie będę robił przerw, do dwóch lat.
To najwyraźniej była bardzo dobra wiadomość, mnie jednak nieszczególnie ucieszyła. Kiedy Jason się zarzekł przed bogami Olimpu, że postawi świątynie i domki wszystkim istniejącym bogom i boginiom wiedział, że zajmie mu to lata, ale on to robi już siedem lat. Jeszcze dwa? I to jeśli przyspieszy? Czyli ma mu to zająć dekadę? Nie mogłam wytrzymać faktu, że dziesięć lat życia miał strwonić na dbanie o cześć mało znaczących bożków.
-Bez przerw? - powtórzyłam tępo. - A gdybyś zrobił sobie... Czy ja wiem, dwa tygodnie urlopu?
Spojrzał na mnie w zdziwieniu.
-Dwa tygodnie? - zaczął liczyć w głowie. - Rany, Pipes, tutaj dwa dni to poważne opóźnienie, ale dwa tygodnie? To tak, jakbym miał zaczynać wszystko od początku. Na dwa tygodnie nie ma szans.
-Och... - mina mi zrzedła. Oczywiście, rozumiałam, ile to zadanie dla Jasona znaczy, ale czułam się zapomniana, odsunięta na drugi plan. - Bo wiesz... Chciałabym, żebyś poleciał ze mną na wakacje do Anglii, na dwa tygodnie właśnie, Ale, skoro mówisz...
Jego czuły uśmiech zbladł. Chejron wycofał się dyskretnie.
-Pipes, ja...
-Nie, nie... Spokojnie. Ja wiem, jakie ważne jest dla ciebie to zadanie. Pojadę sama albo z Annabeth... Czy kimś.
Wspięłam się na palce i sztywno pocałowałam mężczyznę w policzek po czym prędko się oddaliłam.
Nota:
Pierwszy rozdział, jehehej! :D Czy jestem z niego zadowolona? Cóż, nie jest zły (tak sądzę...), choć mógłby być lepszy. Sami osądźcie ;)
-Cieszę się, Może w końcu sobie kogoś znajdzie - powiedziałam, a chłopak mruknął potakująco. - A Percy i Annabeth? Coś planują?
-Na razie dopiero skończyli studia. Gadałem o tym z Percy'm. On bardzo chętnie wziąłby ślub, ale Ann się nie spieszy. Twierdzi, że takie wiążące decyzje należy podejmować rozważnie i z dużym wyprzedzeniem. To go frustruje.
-Biedny Percy - westchnęłam.
-Ty i Annabeth jesteście jak rozważna i romantyczna - zaśmiał się.
-Bogowie, nie powtarzaj jej tego! - wykrzyknęłam z udawanym przerażeniem. Zaśmiał się, a ja stwierdziłam, że jest to dobry moment na przekazanie nowiny.
-Jason, mam dla ciebie wieści! - uśmiechnęłam się do niego szeroko.
-Poczekaj, tylko przywitam się z resztą obozu. Wieści nie uciekną.
-Ale...
-No chodź! - on już zbiegał ze Wzgórza Herosów w stronę Wielkiego Domu. Westchnęłam i powlokłam się za nim.
Zbyt często zmieniał obozy. Raz był stały, czujny i zdyscyplinowany jak Rzymianin, innym razem zaś porywczy i nieprzewidywalny jak Grek. Męczyło mnie to i rozważałam użycie magicznego głosu, żeby go zatrzymać, ale prędko odrzuciłam tę myśl. Obiecałam sobie, że będę używać czaromowy tylko w razie konieczności.
Jason już czekał na werandzie Wielkiego Domu i zniecierpliwiony tupał nogą.
-Musiałaś zdrętwieć koło tego drzewa. Ruch ci nie zaszkodzi, królowo piękności - spostrzegł moją minę. - Hej... Co jest?
-Chciałam ci coś powiedzieć, ale nie dałeś mi dojść do słowa. Chciałabym...
-Ach! Jason! - zawołał Chejron zza moich pleców. Westchnęłam. - Witaj, chłopcze. Jak tam u naszych towarzyszy Rzymian? Postawiłeś jakieś świątynie?
-Tak, Chejronie i chyba zbliżam się do końca. Invidia, boginka zazdrości i Beatitudinem, bożek pozytywnego myślenia mają już swoje świątynie. Pozostają jeszcze domki dla nich...
Centaur westchnął, a ja go rozumiałam. Na terenie obozu już było mnóstwo nieukończonych domków. Większość herosów musiała porzucić swoje dotychczasowe zajęcia na rzecz pracy na budowie. Dzieci Ateny projektowały, dzieci Hefajstosa, Aresa, Hermesa i innych budowały, a dzieci Afrodyty ozdabiał tak, aby domek oddawał charakter odpowiedniego boga. Poza tym bogowie, wywiązawszy się z umowy, zaczęli uznawać swoje dzieci i mamy ogromny napływ nowych herosów. Przestają się mieścić w pawilonie jadalnym, nam brakuje satyrów dla nich wszystkich i każdy musi opiekować się nawet trójką czy czwórką herosów mieszkających we względnie niewielkim oddaleniu od siebie.
-Ale spokojnie, Beatitudinem nie ma za wiele dzieci. Inna sprawa z Invidią, no wiecie, zazdrość... Skacze od jednego faceta do drugiego. Jej trzeba będzie większy domek. No i...
-Ilu jeszcze bogów ci zostało? - przerwał Chejron. Jason zamilkł i zaczął liczyć w myślach.
-Parudziesięciu - odpowiedział w końcu. - Plus minus pięcioro.
-Czyli... Ile to ci jeszcze zajmie? - zapytałam, a on spojrzał na mnie z ochoczym uśmiechem.
-Jeśli przyspieszę i nie będę robił przerw, do dwóch lat.
To najwyraźniej była bardzo dobra wiadomość, mnie jednak nieszczególnie ucieszyła. Kiedy Jason się zarzekł przed bogami Olimpu, że postawi świątynie i domki wszystkim istniejącym bogom i boginiom wiedział, że zajmie mu to lata, ale on to robi już siedem lat. Jeszcze dwa? I to jeśli przyspieszy? Czyli ma mu to zająć dekadę? Nie mogłam wytrzymać faktu, że dziesięć lat życia miał strwonić na dbanie o cześć mało znaczących bożków.
-Bez przerw? - powtórzyłam tępo. - A gdybyś zrobił sobie... Czy ja wiem, dwa tygodnie urlopu?
Spojrzał na mnie w zdziwieniu.
-Dwa tygodnie? - zaczął liczyć w głowie. - Rany, Pipes, tutaj dwa dni to poważne opóźnienie, ale dwa tygodnie? To tak, jakbym miał zaczynać wszystko od początku. Na dwa tygodnie nie ma szans.
-Och... - mina mi zrzedła. Oczywiście, rozumiałam, ile to zadanie dla Jasona znaczy, ale czułam się zapomniana, odsunięta na drugi plan. - Bo wiesz... Chciałabym, żebyś poleciał ze mną na wakacje do Anglii, na dwa tygodnie właśnie, Ale, skoro mówisz...
Jego czuły uśmiech zbladł. Chejron wycofał się dyskretnie.
-Pipes, ja...
-Nie, nie... Spokojnie. Ja wiem, jakie ważne jest dla ciebie to zadanie. Pojadę sama albo z Annabeth... Czy kimś.
Wspięłam się na palce i sztywno pocałowałam mężczyznę w policzek po czym prędko się oddaliłam.
Nota:
Pierwszy rozdział, jehehej! :D Czy jestem z niego zadowolona? Cóż, nie jest zły (tak sądzę...), choć mógłby być lepszy. Sami osądźcie ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz